Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fyodor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fyodor. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguka 'Pierwszy krok'

Nie potrafię powstrzymać uśmiechu wpełzającego na moje usta. Jeżeli mnie zaprasza, to znaczy, że mnie lubi, prawda? Toleruje w najgorszym przypadku. Mimo, że poznaliśmy się kilka godzin temu, mam wrażenie, że znam Yongguka od dłuższego czasu i czuję się niewiarygodnie pewnie, kiedy przytakuję. W końcu, co złego może z tego wyniknąć?
- Jeżeli nie obudzisz się jutro, to twoja wina, że mi zaufałeś – chichoczę, wskakując na łóżko. Siadam po turecku obok Yongguka. Gitara wciąż leży obok, więc wciągam ją na swoje kolana i pstrykam w nią palcami, by po chwili dowiedzieć się, że pstrykanie w drewniane pudło mimo wszystko
bardzo  b o l i.
Kiedy mój palec przestaje boleśnie pulsować jeszcze raz klepię w instrument, tym razem lżej.
- Zawsze chciałem umieć grać na jakimś instrumencie. Moja matka potrafiła grać na wiolonczeli, ale przerwała kiedy – dopiero, kiedy napotykam pytający wzrok Yongguka orientuję się, że przerwałem sobie w połowie zdania. Przełykam ślinę, ciągnąc jedną ze strun gitary, na co ona odpowiedziała nieczystym brzęknięciem – Kiedy tata od nas odszedł.
Czuję się, jakbym znów był na terapii i czuję, jak się krzywię. Czemu znowu zacząłem mówić?
Kręcę głową, wymuszając uśmiech. Wtedy przypomina mi się sterta obok nas i piosenka-bez-słów, którą przed chwilą zagrał Yongguk. Wskazuję palcem na kartki i widzę, jak chłopak obok mnie przełyka ślinę, kierując wzrok za moją dłonią.
- Co to za język? Może to zabrzmi głupio, ale nigdy go nie widziałem.
- Koreański – Yongguk uśmiecha się i boże, ile człowiek może posiadać różnych uśmiechów? To nie jest możliwe.
- Och – odwzajemniam uśmiech, zwracając wzrok na chłopaka. Przez chwilę słychać jedynie brzdęki gitary, z której próbuję wydobyć jakiekolwiek przyzwoite dźwięki. Po jakimś czasie Yongguk bierze sprawy w swoje ręce, zabierając instrument z moim kolan i przysuwając się w moją stronę.
- Patrz – wskazuje na gryf, gdzie układa palce. Drugą dłonią uderza w struny, z gitary wydobywa się dźwięczny akord i już jestem zazdrosny. Po wybrzmieniu dźwięków przekłada palce, znowu uderza struny i znowu dźwięczy kolejny, ładny akord. Robi tak jeszcze dwa razy, po czym wsuwa gitarę w moje ręce. – Teraz ty.
Nie ważne, jak bardzo chcę, nie potrafię powtórzyć ruchów Yongguka i każdy dźwięk jest odrobinę obok, ale i tak jestem z siebie dumny. Jasnowłosy próbuje mi pomóc i ustawia moje palce w taki sposób, jak ułożone były jego, kiedy grał ale i tak akord nie brzmi identycznie, jak poprzedni. Chwilę jeszcze ćwiczę układ palców i uderzanie w struny, po czym odkładam gitarę na bok.
- Jeżeli będziesz formował zespół, to wiesz, kogo wziąć na gitarzystę – mrugam, śmiejąc się.
Dopijamy herbatę w spokojnej, rozluźnionej atmosferze, co jakiś czas coś mówiąc, akcentując słowa śmiechem i uśmiechami zza kubków.

- Co teraz? – pytam się głupio pustego pokoju, gdy Yongguk znika, by odnieść puste kubki do kuchni. Musiał mnie usłyszeć, bo kiedy wchodzi do pokoju podnosi brwi.
- Nie wiem? – sam nie jestem pewien, czy to było pytanie ale tak czy siak wzruszam ramionami na odpowiedź. Rozglądam się po pokoju, szukając jakiegokolwiek pomysłu, kiedy zauważam swoją torbę w rogu. Zeskakuję z łóżka i ciągnę za sobą torbę z powrotem na materac, na którym już siedzi Yongguk z dezorientacją wymalowaną na twarzy. Wyciągam z jednej z kieszeni smukłego laptopa, stawiając go na łóżku.
- Możemy obejrzeć jakiś film. Mam kilka ściągniętych, musiałem się czymś zająć przez cztery godziny w pociągu, gdy tu jechałem – naciskam guzik i półprzezroczysty ekran rozświetla się na tle brązowej narzuty. Kątem oka obserwuję Yongguka i jego reakcję, ale nie wygląda, jakby był przeciwny temu pomysłowi, więc naciskam jedną z ikonek i na pulpit wyskakuje folder z kilkoma plikami.
- Ty wybieraj.

Coś gorącego uderzającego w moją twarz zmusza mnie do otworzenia oczu. Przecieram powieki, rozciągając się. Przez nieodsłonięte okno przeciska się pas słońca, który to mnie obudził. Oprócz niego nie ma innego źródła światła w pokoju i jest dość ciemno, mimo tego próbuję odnaleźć się w otoczeniu. Pościelone łóżko przykryte kocem, kartonowe pudła w rogu, gitara przy ścianie-
Podrywam się na równe nogi orientując się, gdzie jestem.
Wyciągam ze swojej torby telefon, na którym miga godzina siódma i kilka powiadomień. Musiałem zasnąć, kiedy oglądaliśmy film.
Wychodzę niepewnie z sypialni, rozglądając się wokół. Czuję się przez chwilę jak agent, który nie chce zostać zauważony i przypominają mi się dziecięce zabawy z młodszym rodzeństwem.
Zastaję Yongguka w kuchni, krzątającego się po pokoju. Podchodzę do niego powoli, stukając go w bok, by zwrócić jego uwagę. Odwraca się w moją stronę, najpierw lekko zaskoczony, by potem jego rysy twarzy złagodniały.
- Czy na śniadanie też jest herbata? – uśmiecham się szeroko, opierając się o blat. Yongguk odpowiada mi melodyjnym śmiechem i wskazuje na kubki stojące obok i zaczynam się zastanawiać, czy to kolejne herbaty czy może te same z wczoraj. Nagle przypomina mi się, że praktycznie po kilkunastu minutach filmu zasnąłem, zostawiając Yoona samego z praktycznie obcą, nieprzytomną osobą w jego mieszkaniu. Odchrząkuję, przez do jasnowłosy odwraca się w moją stronę, podnosząc brwi. – Przepraszam, że tak odpadłem od razu wczoraj, aż mi głupio. – śmieję się niepewnie, drapiąc nerwowo kark.

 <Yongguk?>
Ilość słów: 838
Ilość punktów: 50 + 220 = 270

piątek, 16 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguka 'Pierwszy krok'


Pozwoliłem swoim nogom pociągnąć się w głąb mieszkania, obserwując ostrożnie otoczenie. Wiedziałem, że Yongguk tak samo jak ja wprowadził się dopiero wczoraj, więc nie zdziwiły mnie jeszcze puste ściany i jedynie pojedyncze meble. Jestem trochę wdzięczny, że zaproponował pójście do siebie, bo w porównywaniu z jego mieszkaniem moje jest ostatnią norą, tym bardziej że miałem nie mieć ani wody, ani światła do końca tygodnia. Wciąż nie potrafiłem uwierzyć w moje szczęście.
Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu znalazłem się w sypialni, pośród sporego, niedbale pościelonego łóżka i prawie pustego kartonu. Obejrzałem się za siebie, upewniając się, że Yongguk jest jeszcze w kuchni i ruszyłem w stronę pudełka.
Jeszcze zapłacisz za swoją wścibskość, zobaczysz.
Na szczycie rzeczy leżących w środku było kilka kartek, złożonych w spory plik. Złapałem za nie, jeszcze raz oglądając się za siebie.
Okej, okej.
Oparłem się o, o dziwo miękki materac, siadając po turecku na zimnej podłodze. Mimo wszystko miałem wrażenie, że wystarczająco narzucam się chłopakowi, żeby dodatkowo siadać na jego łóżku, na którym on normalnie śpi, omójbożejestemwsypialniYonggukajaktosięstało - Dopiero kiedy widzę zmięte kartki w swojej dłoni, zdaję sobie sprawę, jak mocno zaciskałem palce. Wyprostowuje je na posadzce, czując, jak zimny dreszcz przechodzi przeze mnie, bo teraz Yongguk na pewno zauważy, że grzebałem w jego rzeczach.
Przesuwając dłonią po kartce po raz tysięczny, zauważam, co właściwie na niej się znajduje. Na początku wydaje mi się, że są to małe obrazki, trochę podobne do cyrylicy, którą wbijał mi na pamięć od małego Herbert, ale mają więcej kółek i są bardziej okrągłe i po chwili wcale ani trochę nie są podobne do cyrylicy. Mimo wszystko domyślam się, że to jest jakiś język. Wsuwam palce między kartki na stosiku obok mnie, obserwując, czy wszystkie są zapisane w podobny sposób. Kilka pierwszych jest, same wzorki ułożone są w dość symetryczne paragrafy, co trochę przypomina coś bliższego poezji czy powieści niż zwykłym notatkom.
Pomiędzy pełnymi znaków kartami znajduję kilka złożonych na kształt kwiatów. Odkładam je ostrożnie na podłogę obok siebie, żeby nie pognieść ich jak tych dwóch pierwszych stron.
Po dłuższym przeszukiwaniu znajduje kilka kartek zapisanych normalnymi literami i z jednej strony jest mi jakoś lżej, ale z drugiej teraz będę w stanie to odczytać, a to już w ogóle jest naruszenie prywatności jak cholera.
Moje nerwowe myśli przerywa wibrowanie telefonu, który podskakuje w mojej kieszeni. Wyciągam komórkę, bezmyślnie odbierając połączenie. Nie mam czasu nawet na powiedzenie „halo”, kiedy głośny krzyk wydobywa się z telefonu:
- Fyedka!
Pocieram skronie, czując nadchodzący ból głowy. Sonya od zawsze miała w zwyczaju mówić głośniej niż potrzeba, a ja po dniu stresu naprawdę nie miałem ochoty na ryk piętnastolatki. Mogę się założyć, że sąsiedzi z domu obok perfekcyjnie słyszą jej głos.
– Zdechłeś, czy co? Pisałam do ciebie!
- Byłem zajęty – wsuwam palce między kolejne kartki, wyciągając na ślepo kilka ze środka stosiku. Z drugiej strony telefonu wydobywa się prychnięcie, po chwili coś ląduje z trzaskiem na ziemi i słyszę stłumiony krzyk Theodora. Uśmiecham się pod nosem, słysząc ogólny chaos, który jednak pozostał w domu, chociaż ja, główny jego stworzyciel, wyjechałem.
- Już skończyłeś zajęcia?  Tak poza tym, to kiedy powiedziałam dziewczynom z klasy, że mój brat przeniósł się do Alatras, to im oczy wyszły z orbit! – Sonya wydaje z siebie dźwięk podobny do wybuchu i śmieje się głośno. Uśmiecham się pod nosem, czując ukłucie gdzieś w środku, cholera, to dopiero pierwszy dzień, a mi już tęskno do domu. Nie mam ochoty mówić jej, w jakim stanie jest moje nowe mieszkanie, Sonya była niezwykle podekscytowana całą przeprowadzką, od kiedy wszystko wyszło na jaw, nie chcę psuć jej wizerunku miasta, o którym tak marzy.
- Zerwałem się? – mówię niepewnie, lustrując tekst na jednej z kartek, którą wyciągnąłem. Tak, to na pewno wiersz. Albo piosenka?
- Co? – Sonya chyba czymś się zakrztusiła, bo kaszle przez chwilę, po czym słyszę czyjś zduszony śmiech. Marszczę brwi.
- Czy to jest aż tak dziwne?
- Nieważne – Sonya parska i teraz już jestem pewien, że to Joanne próbowała powstrzymać swój śmiech, bo słyszę jej głos gdzieś w tle. – Czemu się zerwałeś?
- Była bójka – odsuwam kartkę, którą czytałem i biorę kolejną w dłoń. Nie doczytuje się, tylko przejeżdżam tekst wzrokiem, Yongguk nie powinien być bardzo zły, prawda? – Musieliśmy z jednym chłopakiem siedzieć u pielęgniarki, a kiedy nas wypuściła, to już nie miałem ochoty wracać na zajęcia, więc wyszliśmy.
- I gdzie jesteś?
- Uh – zagryzam wargę, odsuwając kartki na chwilę – U niego w domu?
Sonya krzyczy tak głośno, że na chwilę przerywa połączenie. Kiedy uspokaja się, słyszę, jak ktoś uderza w coś mocno. Co tam się dzieje?
- To twój pierwszy dzień a ty już wylądowałeś u kogoś w domu? Co z ciebie za zawodnik! Przynajmniej jest ładny, czy nie?
- Ha ha. To cześć – wyłączam się i chowam telefon do kieszeni, próbując ponownie skupić się na wierszach Yongguk’a.
Nie miałem czasu skończyć czytać pierwszej strofy, kiedy słyszę czyjeś kroki. Podnoszę wzrok i na moje szczęście, krzyżuję spojrzenia z Yonggukiem (z drugiej strony, czyje kroki mogłyby to być, gdy byliśmy sami w jego mieszkaniu?).
Świetnie.
Chłopak siada obok mnie na podłodze, przesuwając w moją stronę jeden z parujących kubków. Nie wygląda, jakby chciał mnie zabić albo zrobić cokolwiek szkodliwego, więc jest nawet dobrze.
Biorę kubek niepewnie w dłonie, odkładając wpierw kartki, układając je w równy stosik nieco dalej od nas. Miałem nadzieję, że jak je odsunę, może Yoon zapomni, że w ogóle grzebałem w jego prywatnych rzeczach.
Kubek jest gorący i powstrzymuję potrzebę odstawienia go na ziemię z trzaskiem, bo wiem, że moje zmrożone dłonie potrzebują ciepła. Przykładam naczynie do ust i prawie rozpływam się, kiedy czuję na języku słodki smak malinowej herbaty.
- Dziękuję – opieram łokcie na kolanach, rozluźniając się lekko – super mieszkanie, tak przy okazji – krzywię się, kiedy słyszę, co wyszło z moich ust (bo „super”, serio? Jest tyle lepszych słów, których można użyć).
Po każdej rozmowie z Sonyą moje słownictwo ograniczało się do kilku słów, które ona zazwyczaj używa.
 – Ja rano dowiedziałem się, że u mnie nie będzie ani wody, ani światła do końca tygodnia.
Na szczęście to odrobinę rozluźnia atmosferę, bo Yongguk śmieje się łagodnie, mrużąc przy tym lekko oczy.  Po chwili znowu okala nas cisza, ja próbuję skupić się na parze wodnej sunącej powoli w powietrzu, rozpływającej się gdzieś na poziomie moich ramion, próbując znaleźć jakiś, jakikolwiek temat do rozmowy, byleby nie zjadła nas ta niezręczna cisza.
Zanim zdałem sobie z tego sprawę, odzywam się i dopiero po chwili uświadamiam sobie, co powiedziałem:
- Piszesz wiersze – to nie brzmi nawet, jak pytanie i jest mi jeszcze bardziej głupio, bo to kolejny przykład zdarzenia, kiedy nie powinienem za nic się odzywać. Mimo wszystko Yongguk nie wydaje się być dotknięty moim stwierdzeniem, przynajmniej na takiego wygląda, więc mimowolnie rozluźniam się, wypuszczając cicho z płuc powietrze, które nie zdawałem sobie sprawy, że wstrzymywałem.

<Yongguk?>

Ilość słów: 1138
Otrzymane punkty: 50 + 285 = 335


czwartek, 1 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Cała ta sytuacja zostawiła mi w ustach gorzki, nieprzyjemny smak, może to krew z wargi, którą nerwowo zagryzałem przez całą naszą podróż do gabinetu pielęgniarki. Wciąż czułem, jak nienaturalnie szybko biło mi serce, jak ciężki i drżący jest mój oddech, jak drżą mi dłonie, chociaż ja nie dostałem ani jednego uderzenia.
Kto normalny rzucał w osobę koszem na śmieci?
Kto normalny rzuca się przed taką osobę, nie mając żadnej sprawności w walce?
Yongguk szedł kilka kroków przede mną, stawiając spokojne i uważne kroki. Co prawda kobieta powiedziała, że jeżeli czuje ból, to wszystko jest w porządku, jednak wciąż miałem wrażenie, że mimo wszystko cała sytuacja była moją winą, co powodowało, że było mi jeszcze bardziej niedobrze. W końcu rzuciłem się między napastnika a chłopaka leżącego na ziemi. Za mną rzucił się Yongguk, który dostał najwięcej obrażeń. Wciąż nie byłem pewien, czemu to zrobił. Mimo wszystko byłem mu cholernie wdzięczny.
Potruchtałem w stronę chłopaka, wyrównując z nim krok. Szliśmy chwilę w ciszy, Yongguk skupiony na swoich krokach (przynajmniej tak mi się wydawało, wciąż patrzył się w podłogę), ja próbujący zacząć rozmowę.
- Nie musiałeś wtedy, no wiesz – przełknąłem ślinę, gdy jasnowłosy zwrócił na mnie wzrok. – Ale dziękuję. Gdyby nie ty, wylądowałbym jak tamten, z koszem na głowie – zaśmiałem się gorzko, drapiąc się lekko po karku.
-  Nie ma sprawy – uśmiechnął się ciepło, ale widziałem gdzieś w głębi, że napastnik mimo wszystko musiał go nieźle poturbować.
Pielęgniarka wskazała nam łóżko z boku gabinetu, siadając do komputera. Pozwoliłem Yongguk’owi położyć się na pryczy, sam usiadłem na chłodnej posadzce obok niego. Chłopak posłał mi wdzięczne spojrzenie, ja tylko uśmiechnąłem się niepewnie, obserwując kobietę wystukującą coś na klawiaturze. Po chwili ciszy poprosiła od jasnowłosego dane, imię, nazwisko, rocznik. Wpisała to wszystko w komputer i zniknęła, mówiąc coś o drukarce pod nosem.
Gdy drzwi gabinetu zatrzasnęły się za nią, odwróciłem głowę w stronę leżącego na łóżku.
- Hej, przynajmniej nie musimy iść na strzelectwo – uśmiechnąłem się krzywo w jego kierunku, składając dłonie w kształt pistoletu. – Zawsze jakiś plus.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, ja zsunąłem się lekko, żeby wygodnie oprzeć głowę o ramę łóżka i zwróciłem wzrok na sufit.
- To głupie – wymsknęło mi się po chwili, gdy czułem, jak zmęczenie osiada na moich ramionach i przymyka moje powieki.
- Co? – pytanie Yongguk’a uświadomiło mnie, że powiedziałem to na głos a nie w myślach, co było w moich planach. Zwróciłem wzrok w stronę chłopaka. Z mojej pozycji widziałem go prawie do góry nogami ale nie miałem ochoty podnosić się, materac narzucony na pryczę był bardziej miękki niż mi się wcześniej wydawało a ja zacząłem czuć efekty nowych leków (których jednym z efektów ubocznych była, uwaga, senność) i stresu spowodowanego walką przerwaną przez nas na korytarzu.
- Zostawiła nas samych w gabinecie. Pielęgniarka. Poza tym, czemu tamci się pobili? To nie ma sensu. Nic nie ma sensu. – powstrzymałem ziewnięcie, podskakując lekko, gdy drzwi otworzyły się z trzaskiem i do sali weszła ciemnowłosa kobieta. Wróciła na swoje poprzednie miejsce, wyciągając coś z szuflad obok biurka. Ruszyła w naszą stronę, więc wstałem i usunąłem się na bok.
Pielęgniarka ostukała Yongguk’a, sprawdziła mu tętno, upewniła się, czy nie ma nic złamanego, zwykłe, podstawowe badania. Gdy oznajmiła, że z akcji zostaną chłopakowi maksymalnie siniaki, wypuściłem powietrze, którego nie wiedziałem, że powstrzymywałem. Mnie tylko zapytała, czy zostałem dotknięty, ale kiedy pokręciłem głową, schowała przedmioty powrotem do szuflad.
- Dobra, musicie tutaj posiedzieć do – zmarszczyła brwi, spoglądając na zegarek na jej nadgarstku. – trzynastej, potem wracacie na zajęcia.
Po tym wróciła do wstukiwania informacji na komputer bez kolejnego słowa. Skrzyżowałem wzrok z jasnowłosym leżącym na pryczy, marszcząc brwi.
- Zaraz – powiedziałem powoli, podchodząc do kobiety. Ona po dłuższej chwili podniosła na mnie niechętnie wzrok. – Nie poda mu pani żadnych leków przeciwbólowych? Ibuprofenu, paracetamolu? Chyba widać, że go pobili?
Pielęgniarka zmierzyła mnie wzrokiem, nie odzywając się przez jakiś czas. Wstała i ruszyła do kabinet ki obok, wyciągając kilka pudełek, obserwując uważnie opakowania. Po chwili pozbyła się wszystkich oprócz jednego, z którym ruszyła do Yongguk’a leżącego na pryczy. Nachyliła się nad nim, machając ulotką wyjętą ze środka.
- Jedna co trzy godziny. Jeśli ból nie ustanie do jutra, kontaktuj się.
Chłopak podniósł się, popijając tabletkę wodą, którą podała mu kobieta.
Po tym zostaliśmy wypchnięci z gabinetu.

Wyciągnąłem z kieszeni telefon, sprawdzając godzinę - było kilka minut do trzynastej, więc nie mogłem wskoczyć do środka i oskarżyć ją, że wyrzuciła nas przed określoną godziną. Schowałem komórkę, zwracając wzrok na Yongguk’a. On patrzył się gdzieś przed nas, na kilku studentów stojących w grupce. Sam zacząłem się zastanawiać, czy wszyscy tutaj są tak agresywni? Oczywiście, jesteśmy kadetami i powinniśmy być nawet przyzwyczajeni do przemocy, ale czy rzucanie w siebie śmietnikami to było zachowanie na porządku dziennym?
Kolejny dzwonek wyrwał mnie z zamyślenia równie nagle, jak przerwał grupce w rozmowie. Szybko rozpierzchli się po korytarzu, znikając w różnych salach bez pożegnań między sobą.
Wtedy wpadłem na pomysł.
Złapałem jasnowłosego za ramię, zwracając jego uwagę na siebie.
- Chodźmy stąd – on podniósł brwi, ale nie wyglądał, jakby miał ochotę protestować, więc zacząłem znów mówić. – Mamy wymówkę, była bójka. Ja nie mam już ochoty tu być dzisiaj. Przyjdziemy jutro. Teraz możemy gdzieś wyjść, odpocząć.
Obserwowałem, jak Yongguk zastanawia się nad moją propozycją. Zorientowałem się, że wciąż trzymam dłoń na jego ramieniu, więc odsunąłem się na bok, próbując uniknąć wzroku chłopaka i zignorować to, że prawdopodobnie zrobiłem się czerwony.

<Yongguk?>

Ilość słów: 885 
Otrzymane punkty: 50 + 220 = 270


niedziela, 25 lutego 2018

Od Fyodora CD Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Ze snu podrywa mnie ostry dźwięk budzika.
Podnoszę się z łóżka niemalże automatycznie, spoglądając w zakryte niezdarnie firaną okno. Słońce nie pojawiło się nawet na horyzoncie, miasto okryte jest ciemnością, jakby wciąż była noc, a nie rozpoczynał się dzień. Lampy autostrad i pojedyncze oświetlone okna wielkich budynków rozświetlają spowitą mgłą metropolię, zmieniając ją w miejsce znane mi tylko z obrazków. Przypomina mi się, że nie jestem w przytulnej sypialni na przedmieściach tylko w taniej kawalerce w Alatras. Po moim karku przechodzi lodowaty dreszcz. Przypomnij mi jeszcze raz, po co tu przyjechałeś.
Marszczę brwi, idąc w stronę toalety. Wciąż nie potrafię przyzwyczaić się do ciasności mieszkania, tego, jak mało miejsca można zmienić w coś, w czym nawet da się żyć. Potykam się o książki porozrzucane na podłodze, ale nie zawracam sobie głowy podnoszeniem ich.
Woda jest zimna, bez względu na to ile czekam, nastawiając kurek na gorącą. Wreszcie poddaję się i postanawiam wziąć prysznic w zimnej wodzie, ignorując krzyk matki w mojej głowie, że się przeziębię.
Z tą temperaturą na zewnątrz, tak czy siak, prawdopodobnie się rozchoruję.
Przyjechałeś tu do akademii, pomóc spłacać matce długi, masz tu cel i go spełnisz. Wzdycham cicho, wchodząc powoli pod strumień wody. Zimny jak lód płyn spływa po moim karku, powodując, że cały drżę.
Ten dzień zapowiada się wspaniale.

Sam nie wiem, czego spodziewałem się po praktycznie najtańszej kawalerce w mieście (przynajmniej tej ze wszystkimi czterema ścianami i dojazdem do akademii krótszym niż godzina), ale po znalezieniu karteczki przypiętej do drzwi, deklarującej, że wody, nawet tej zimnej, nie będzie do końca tygodnia („tak samo, jak światła, niezmiernie przepraszamy”) coś we mnie pękło.
Trudno, dożyję.
Chyba.

Okazuje się, że mój płaszcz nie wystarcza na okrutną zimę, o jaką postanowił przysporzyć nas Urkios; na szczęście po drodze do metra trafiam na obskurną uliczkę, w której rozłożone jest kilka stoisk. Jestem dość dumny z efektu zakupów na bazarze, jakim jest miękki, gruby bordowy szalik i ciemne, ciepłe rękawiczki.
Swoje ostatnie kieszonkowe wydaje na bilet, rezygnując z posiłku. Cóż, miałem wybór – zamarznąć lub umrzeć z głodu.
W metrze jest tak ciasno, że trudno mi się oddycha, choć sam nie jestem pewien, czy to nie z powodu paniki.
Wszystko w Alatras jest całkowicie inne od miejsca, w którym dorastałem. Bezpieczny, drobny dom na obrzeżach mniejszego miasta, skromny ogródek i ciche sąsiedztwo. Matka zawsze zajmowała się domem, dbając o naukę i dobre wychowanie swoich dzieci. Mój żołądek skręca się na myśl o tym, jak musi się teraz czuć, sama, prawdopodobnie w pracy, martwiąca się o Joanne i Sonyę, jak radzą sobie w szkole, czy Theodor odrobił lekcje, czy ja zdążyłem odespać kolejną naderwaną nocną zmianą noc.
Jak na zawołanie mój telefon wibruje.  Próbuję wyciągnąć go z kieszeni, ale ciała obcych ludzi naciskają na mnie ze wszystkich stron i ledwo co mogę wziąć oddech, ściskając kurczowo pasek torby. Odpiszę mamie później, nie powinna aż tak się martwić. 
Kogo ty oszukujesz, matka martwi się o ciebie jak cholera, pewnie siedzi przy oknie i martwi się i martwi, i martwi-
Z zamyślenia wyrywa mnie piknięcie i masy ludzi wypływają z wagonu jak na zawołanie. Spoglądam na mapkę, nie jeszcze nie wychodzisz, uspokój się, oddychaj-
Kolejne wibracje zmuszają mnie do wyciągnięcia telefonu z kieszeni.
Dwie wiadomości od Sonyi, jedna od Joanne i trzy nieodebrane połączenia od mamy. Naciskam guzik drżącym palcem i przykładam telefon do ucha.
- Fedya! – ciepły ton matki lekko rozluźnia moje spięte mięśnie, ale wciąż słyszę w jej głosie zmęczenie, które próbuje ukryć pod uśmiechem. – Jak życie w wielkim mieście?
- Mamo, dopiero wczoraj tu przyjechałem -  zasłaniam twarz dłonią, próbując zignorować spojrzenia innych podróżników, rzucane mi z zażenowaniem.
- Nie przepracowuj się tam, słońce – niemal słyszę, jak marszczy brwi i spaceruje w kółko po pokoju, ściskając coś nerwowo w dłoni. – Zawsze mogę ci przesłać pieniądze, wiesz o tym-
- Mamo – biorę głęboki oddech, zmuszając mój głos, żeby przyjął jak najpewniejszy ton. – Po to tutaj przyjechałem, żeby cię odciążyć. Wszystko będzie dobrze.
- Wszystko będzie dobrze – powtarza to kilka razy drżącym głosem, jakby sama próbowała siebie upewnić. Po kilku sekundach słyszę nerwowy śmiech i już wiem, że gdzieś tam, trzy godziny pociągiem stąd, moja mama chodzi w kółko po pokoju, marszcząc brwi, próbując powstrzymywać łzy spływające jej po policzkach.
- Mam już dwadzieścia lat. Poradzę sobie – zagryzam wargę, oczekując jej odpowiedzi. Przez chwilę słyszę tylko niestabilny oddech i pociąganie nosem i próbuje skupić się na mapce metra, upewniając się, że wiem, gdzie wysiadam.
- Sonya już tęskni, Fedyushka. Wracaj szybko – chcę powiedzieć, że wrócę szybko i to z takimi funduszami, że już nie będzie czego spłacać, ale przerywa mi dźwięk zakończonego połączenia. Chowam telefon do kieszeni, drżąc lekko. Zaraz trafisz do akademii, wszystko będzie dobrze.

Okazało się, że ten przystanek, przy którym wyszło najwięcej ludzi, był moim właściwym celem. Mój plan trafienia do akademii niecałą godzinę przed czasem nie wypalił, musiałem cofnąć się, znów przeciskać się między ludźmi w drodze do pociągu i próbując z niego wyjść.
Gdy wychodzę na powietrze, zimny powiew wiatru prawie zrzuca mnie z nóg. Okrywam nowy szalik mocniej wokół twarzy, ignorując, że o wiele trudniej jest mi wziąć pełny oddech. Mimo wszystko droga do akademii z przystanku zajmuje mi niecałe dziesięć minut, które spędzam na nerwowym spoglądaniu na zegarek, bo jest za dwadzieścia, za dziesięć, za pięć-
Staję przed budynkiem akademii równo o czasie, dzwonek (melodia? dźwięki?) oznajmiający rozpoczęcie wybrzmiewa, gdy wspinam się do wejścia. Jak na moje szczęście, wszystko ucicha wraz z moim wejściem i osoby pozostałe na korytarzu rzucają we mnie spojrzenia, które gdyby mogły, spokojnie zamordowałyby mnie na miejscu. Przełykam ślinę, uśmiechając się nerwowo. Panuje całkowita cisza, przerywana moim świszczącym oddechem. Czuję, że robię się czerwony, więc jeszcze bardziej zasłaniam się  szalikiem, choć już jestem wewnątrz. Moje płuca się palą, ale ignoruje ból i dopiero gdy znikam za rogiem, w którym nikogo nie ma, wyciągam inhalator.
Sprawdzam minimalnie pięć razy grafik i mapę budynku, zanim ląduje pod drzwiami sali, w której powinienem siedzieć od kilku minut.
Moje spóźnione wejście nikogo nie rusza, nawet wykładowcy, który nie przerywa swojej przemowy. Burczę ciche „przepraszam”, nurkując w głąb sali. Bezmyślnie rzucam się na pierwsze lepsze miejsce, opierając dłonie o ramię krzesła. Już chcę usiąść, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi, gdy zauważam, że miejsce tuż obok jest zajęte.
Cholera, już za późno, żeby uciekać gdzie indziej.
Odchrząkuję cicho, próbując zmusić swój oddech do uspokojenia.
- Mogę się przysiąść? – szepczę niepewnie, obserwując chłopaka siedzącego obok. On, o dziwo, uśmiecha się ciepło, przytakując.
Siadam, próbując ściągnąć z siebie płaszcz tak cicho, jak potrafię. Mój sąsiad wydaje się nawet zainteresowany wywodem nauczyciela, więc i ja próbuję skupić się na jego przemowie, ale trudno mi się skoncentrować, gdy wokół jest tyle ludzi. Czuję, jak moja noga podskakuje mimowolnie ze stresu.
Spoglądam nerwowo na chłopaka obok. Wygląda na dość wysokiego, na pewno wyższego ode mnie. Ma jasne włosy i przez chwile zastanawiam się, czy istnieje taki naturalny kolor, gdy zauważam cień odrostów i ciemne brwi. Jego ciemne oczy są podkrążone, lekko zaczerwienione odznaczają na tle bladej skóry.
Pociągam nieznacznie nosem, słysząc karcący głos matki z rana, gdy oczy chłopaka lądują na mnie. Przez chwilę patrzymy na siebie w ciszy i czuję, jak się czerwienię, bo cholera, on zauważył, że go obserwuję, co mam teraz zrobić?
Mój obeznany w kontaktach z ludźmi mózg podsunął mi tylko jeden pomysł.
- Fyodor. Fyodor Phoenix. Możesz mi mówić Fedya. Albo Fyodor, to nie ma znaczenia – wyciągam sztywną rękę w jego stronę, śmiejąc się nerwowo pod nosem. Mam ochotę ochrzanić Herberta, że kazał matce nauczać nas w domu, bo zwykła szkoła oszczędziłaby mi tak niezręcznych sytuacji. W końcu w szkole poznawało się ludzi, prawda?
Chłopak wydaje się nieco rozbawiony tą sytuacją, ale ściska po chwili moją dłoń, potrząsając ją lekko.
- Kim Yongguk.
Siedzimy chwilę w ciszy, znudzony głos wykładowcy w tle jak biały szum. Jasnowłosy po jakimś czasie odwraca głowę znów w stronę nauczyciela stojącego z przodu sali. Czuję, jak stres zjada mnie od środka i chowam głowę mocniej w szaliku, którego z jakiegoś nieznanego mi powodu nie zdjąłem. Biorę kilka głębokich oddechów, ale wciąż czuję ucisk w płucach, więc sięgam po inhalator. Z zamyślenia wyrywa mnie głos chłopaka obok.
- Co to?
Czuję, że robię się jeszcze bardziej czerwony, jeżeli to możliwe i karcę się w głowie, bo obiecałem sobie, że nie będę nikomu wpychać swojej choroby, miało być dyskretnie i cicho.
- Inhalator. Jestem astmatykiem – próbuję nonszalancko wzruszyć ramionami, ale to tylko mnie dezorientuje i udaje mi się zrzucić moją torbę na podłogę, jej zawartość wysypująca się na posadzkę. Schylam się, zbierając gorączkowo rozrzucone zeszyty i drobniaki. O dziwo, mój sąsiad również się schyla, pomagając mi ogarnąć bałagan.
- Ale ze mnie niezdara – śmieje się, gdy udaje nam się wszystko zebrać; panicznie unikając palącego wzroku jasnowłosego. On otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale rozbrzmiewa ta sama melodia z wcześniej, oznajmiająca koniec wykładu.
Świetnie, nie dość, że nic z niego nie wyniosłem, to jeszcze zrobiłem siebie debila przed potencjalnym znajomym. Imponujące, Fyodor, imponujące.
Mimo wszystko wychodzimy z Sali obok siebie, podążając za tłumem. Zaciskam rączkę torby mocniej, spoglądając na chłopaka kątem oka.
- Od dawna tu mieszkasz? – daję sobie mentalny strzał w twarz, bo jest tyle lepszych sposobów na rozpoczęcie rozmowy, a ty musisz zawsze wszystko pieprzyć.
- Tak szczerze mówiąc to od wczoraj – on drapie się po karku, zerkając na mnie. Mimowolnie uśmiech wpełza na moje usta.
- Nie ma mowy! Ja też tu wczoraj przyjechałem! – mam wrażenie, że powiedziałem to nieco za głośno, ale ignoruje wszelkie zaniepokojone myśli i uśmiecham się szerzej. Razem z grupką ludzi lądujemy w innej części budynku, pod kolejną salą. Spoglądając na osoby wokół mnie, zdaję sobie sprawę, jak mało wiem na temat wszystkiego, czego będziemy się uczyć w tej akademii.
Fantastycznie.
- Nie wiesz może, co teraz robimy? – wskazałem niepewnie na nas i ludzi wokół uśmiechając się nerwowo.

<Yongguk?>

Ilość słów: 1 621
Otrzymane punkty: 50 + 405 = 455

czwartek, 22 lutego 2018