Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwszy Krok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pierwszy Krok. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Yongguka CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Nie spodziewałem się, że film aż tak mnie wciągnie. Oparty plecami o ścianę zbliżałem się coraz bardziej do monitora, nie chcąc stracić żadnego ze szczegółów produkcji. Dopiero gdy rozpoczęły się napisy końcowe zwróciłem się w stronę Fyodora, by zapytać go o zdanie na temat głównego wątku.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak leżał wygięty w łuk, co nie wyglądało na najzdrowszą pozycję do snu. To było do przewidzenia, zważając na fakt że nie słyszałem jego cichych "och" i "ach" w trakcie filmu. Zamknąłem urządzenie, przez co w pokoju zrobiło się dość ciemno.
Ułożyłem się na boku, wsłuchując się w szum wyłączającego się laptopa. Powietrze w pokoju było ciepłe i duszące, co jedynie komponowało się z moim stanem emocjonalnym.
Przez krótką chwilę rozważałem opcję zrzucenia Fyodora z łóżka i obudzenia go, spojrzałem jednak na spokojny wyraz jego twarzy, gdy pogrążony był w głębokim śnie. Nie miałbym serca tak go skrzywdzić. Westchnąłem ciężko, przypatrując mu się uważniej. Spostrzegłem, że zasnął na kablu od laptopa, który wbijał się w jego zaróżowiony policzek zostawiając ślad. Uniosłem więc delikatnie jego twarz by pozbyć się przewodu -Oddałem ci kanapę,a ty rozkładasz się na łóżku -Zaśmiałem się cicho, próbując przejść nad nim bez niepotrzebnego hałasu. Gdy już stanąłem stabilnie na ziemi naciągnąłem na blondyna koc - Cóż, to nie tak że będę spał albo coś - Mruknąłem pod nosem opuszczając po cichu pokój po czym przymknąłem drzwi. Nagle w mieszkaniu rozległ się odgłos mojego telefonu. Spanikowany odebrałem go natychmiast, szybkim krokiem udając się do kuchni.
- Obiecałeś zadzwonić wieczorem, młody człowieku. Wiesz która jest godzina? Ta dzisiejsza młodzież, tylko by się szlajali po nocach -W słuchawce odezwała się moja mama, rozgadana jak zawsze.
- Wiem, przepraszam - Odparłem ściszonym głosem, jedną ręką podsuwając sobie stołek by przycupnąć. Moja rodzicielka zawsze miała najwięcej do powiedzenia, zatem wolałem przygotować wygodne miejsce - Miałem dzisiaj dużo na głowie.
- I jak mieszkanie? Uczelnia jest w porządku? Jedz porządnie, wiem że nie umiesz gotować ale chociaż się postaraj. A masz już jakiś znajomych?
- Tak...tak. Wszystko jest dobrze, poznałem jednego kolegę, jest porządnym (i bardzo uroczym) gościem więc możesz być spokojna. Wcale nie tak ,że wdałem się w bójkę, uciekłem z lekcji i przyjąłem do domu prawie obcego gościa.
- No, ja mam nadzieję, że jest porządny - Fuknęła moja rodzicielka, prawdopodobnie bawiąc się oprawkami okularów jak to miała w zwyczaju - Baw się, skoro już jesteś z daleka od starej matki - Delikatnie zaśmiała się tak, że prawie poczułem ciepło jej oddechu- Tylko w domu jest trochę za cicho bez twoich gitarowych koncertów.
- Kup sobie psa. Będzie równie głośny jak ja i będziesz mogła go karmić - Nabijałem się z niej po cichu, nie chcąc obudzić Fyodora śpiącego za ścianą.
- Po moim trupie. Tyle tych pchlarzy już naniosłeś do domu przez te lata, tfu - Zaśmiała się charakterystycznie i głośno, więc pewnie słyszeli ją wszyscy sąsiedzi. W głębi duszy wiedziałem, że zasłużyłem sobie na nadopiekuńczość matki swoim zachowaniem. Zamiast być dla niej wsparciem przestałem wracać wieczorem do domu, a gdy już to robiłem najczęściej przynosiłem też zdarte dłonie i obitą twarz - No, skoro jest dobrze to mogę już spać spokojnie. Dobranoc Gookie.
- Dobranoc - Odłożyłem telefon na parapet, wpatrując się we wzór kafelek ułożonych na kuchennej podłodze. Kogo ja okłamuję? Z której strony naprawdę jestem taki dobry? Podniosłem się ze stołka jednocześnie rozmasowując obolały kark.
Skierowałem się do salonu, gdzie nie kwapiąc się rozkładaniem kanapy położyłem się na niej. Znużonym wzrokiem wpatrywałem się w panoramę miasta widocznego przez mój balkon, co jakiś czas mieszkanie rozświetlały światła przejeżdżających samochodów. Moje policzki piekły niemiłosiernie od nadmiaru uśmiechów. Nie pamiętałem, bym kiedykolwiek w życiu szczerzył się przez cały boży dzień.

Gdy otworzyłem oczy było jeszcze szarawo, a jedynym słyszalnym odgłosem była pracująca zmywarka sąsiadki z piętra niżej. Sięgnąłem po telefon z przekonaniem, że znowu bez powodu wstaję w środku nocy. Ku mojemu zdziwieniu było już chwilę po piątej, co oznaczało że przespałem całą noc jak normalny człowiek. Dźwignąłem się do pozycji siedzącej, nadal cierpiąc przez bolesne pamiątki wczorajszej bójki. Udałem się do łazienki, gdzie lustro ukazało mi obraz nędzy i rozpaczy jakim była moja poranna prezencja. Zagniecenia bluzy odbite na policzkach oraz włosy jak po porażeniu piorunem, postanowiłem zatem doprowadzić się do porządku zanim Fyodor by się obudził i zaczął kierować różne synonimy w stronę mojej fryzury.
Dopiero gdy zrzuciłem z siebie ubrania uświadomiłem sobie jak wielu siniaków i rozcięć się nabawiłem. Podsumowując oględziny - nie wyglądałem zachęcająco.

Po szybkim prysznicu udałem się do kuchni, gdzie zacząłem kontemplować nad pustą lodówką. Nie zdążyłem jeszcze zrobić zakupów od przyjazdu, zatem pozostało mi tylko to, co przywiozłem ze sobą. Doszedłem do wniosku, że biorąc pod uwagę mój brak umiejętności i ograniczone środki zrobię jajecznicę. Brzmi prosto, nie? Wyjąłem cztery jajka z lodówki, niestety jedno wyślizgnęło się i roztrzaskało o podłogę. I po co ci to było? Warknąłem pod nosem odkładając resztę jajek na blat, czekało mnie jeszcze poranne mycie podłogi. Gdy już uporałem się ze sprzątaniem powróciłem do gotowania, tym razem bardziej ostrożnie. Zagotowałem wodę, nie będąc pewnym czy Fyodor będzie preferował kawę tak jak ja, czy jednak pozostanie przy herbacie.
Nagle poczułem ukłucie w bok, przez co zdziwiony odwróciłem się w tamtą stronę. Obok mnie stał jeszcze zaspany blondyn. Poruszał się zadziwiająco cicho, biorąc pod uwagę to, że mnie było słychać z daleka. - Czy na śniadanie też jest herbata? - Chłopak zaśmiał się niewyraźnie. Miałem wrażenie że jeszcze nie do końca przyjął do wiadomości moją obecność w pokoju. Gestem wskazałem na puste kubki, mając nadzieję że domyśli się moich intencji. Jednak Fyodor stał w tej samej pozycji, marszcząc oczy od nadmiaru światła. Dyskretnie odwróciłem się tak, by poranne słońce przestało go razić. Nagle oczy blondyna otworzyły się szerzej i poderwał głowę do góry, by uzyskać moją atencję.
- Przepraszam,że tak odpadłem od razu wczoraj, aż mi głupio - Chłopak uśmiechnął się przepraszająco, jakby naprawdę zrobił coś złego. Pokręciłem głową z dezaprobatą, bo sytuacja naprawdę była dla mnie głupia.
- Nie masz za co przepraszać - Odparłem, wyłączając gotującą się wodę. Odrywając się na chwilę od przygotowywania posiłku zmierzyłem chłopaka wzrokiem.
- Masz zamiar iść do szkoły w tych samych ciuchach, w których spałeś? - Wypaliłem, nie zastanawiając się zbytnio nad skutkami.
- A mam inne wyjście? - Zripostował blondyn, nerwowo stukając palcami o kuchenny blat.
Przygryzłem nerwowo wargę, orientując się jak źle mogło to zabrzmieć.
- Masz - Stwierdziłem, próbując zachować się jakby wcale nie było mi wstyd za własne słowa - Możesz  przecież wybrać sobie coś z moich rzeczy.

<Fyodor?>
Ilość słów: 1039
Ilość punktów: 50 + 260 = 310

czwartek, 29 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguka 'Pierwszy krok'

Nie potrafię powstrzymać uśmiechu wpełzającego na moje usta. Jeżeli mnie zaprasza, to znaczy, że mnie lubi, prawda? Toleruje w najgorszym przypadku. Mimo, że poznaliśmy się kilka godzin temu, mam wrażenie, że znam Yongguka od dłuższego czasu i czuję się niewiarygodnie pewnie, kiedy przytakuję. W końcu, co złego może z tego wyniknąć?
- Jeżeli nie obudzisz się jutro, to twoja wina, że mi zaufałeś – chichoczę, wskakując na łóżko. Siadam po turecku obok Yongguka. Gitara wciąż leży obok, więc wciągam ją na swoje kolana i pstrykam w nią palcami, by po chwili dowiedzieć się, że pstrykanie w drewniane pudło mimo wszystko
bardzo  b o l i.
Kiedy mój palec przestaje boleśnie pulsować jeszcze raz klepię w instrument, tym razem lżej.
- Zawsze chciałem umieć grać na jakimś instrumencie. Moja matka potrafiła grać na wiolonczeli, ale przerwała kiedy – dopiero, kiedy napotykam pytający wzrok Yongguka orientuję się, że przerwałem sobie w połowie zdania. Przełykam ślinę, ciągnąc jedną ze strun gitary, na co ona odpowiedziała nieczystym brzęknięciem – Kiedy tata od nas odszedł.
Czuję się, jakbym znów był na terapii i czuję, jak się krzywię. Czemu znowu zacząłem mówić?
Kręcę głową, wymuszając uśmiech. Wtedy przypomina mi się sterta obok nas i piosenka-bez-słów, którą przed chwilą zagrał Yongguk. Wskazuję palcem na kartki i widzę, jak chłopak obok mnie przełyka ślinę, kierując wzrok za moją dłonią.
- Co to za język? Może to zabrzmi głupio, ale nigdy go nie widziałem.
- Koreański – Yongguk uśmiecha się i boże, ile człowiek może posiadać różnych uśmiechów? To nie jest możliwe.
- Och – odwzajemniam uśmiech, zwracając wzrok na chłopaka. Przez chwilę słychać jedynie brzdęki gitary, z której próbuję wydobyć jakiekolwiek przyzwoite dźwięki. Po jakimś czasie Yongguk bierze sprawy w swoje ręce, zabierając instrument z moim kolan i przysuwając się w moją stronę.
- Patrz – wskazuje na gryf, gdzie układa palce. Drugą dłonią uderza w struny, z gitary wydobywa się dźwięczny akord i już jestem zazdrosny. Po wybrzmieniu dźwięków przekłada palce, znowu uderza struny i znowu dźwięczy kolejny, ładny akord. Robi tak jeszcze dwa razy, po czym wsuwa gitarę w moje ręce. – Teraz ty.
Nie ważne, jak bardzo chcę, nie potrafię powtórzyć ruchów Yongguka i każdy dźwięk jest odrobinę obok, ale i tak jestem z siebie dumny. Jasnowłosy próbuje mi pomóc i ustawia moje palce w taki sposób, jak ułożone były jego, kiedy grał ale i tak akord nie brzmi identycznie, jak poprzedni. Chwilę jeszcze ćwiczę układ palców i uderzanie w struny, po czym odkładam gitarę na bok.
- Jeżeli będziesz formował zespół, to wiesz, kogo wziąć na gitarzystę – mrugam, śmiejąc się.
Dopijamy herbatę w spokojnej, rozluźnionej atmosferze, co jakiś czas coś mówiąc, akcentując słowa śmiechem i uśmiechami zza kubków.

- Co teraz? – pytam się głupio pustego pokoju, gdy Yongguk znika, by odnieść puste kubki do kuchni. Musiał mnie usłyszeć, bo kiedy wchodzi do pokoju podnosi brwi.
- Nie wiem? – sam nie jestem pewien, czy to było pytanie ale tak czy siak wzruszam ramionami na odpowiedź. Rozglądam się po pokoju, szukając jakiegokolwiek pomysłu, kiedy zauważam swoją torbę w rogu. Zeskakuję z łóżka i ciągnę za sobą torbę z powrotem na materac, na którym już siedzi Yongguk z dezorientacją wymalowaną na twarzy. Wyciągam z jednej z kieszeni smukłego laptopa, stawiając go na łóżku.
- Możemy obejrzeć jakiś film. Mam kilka ściągniętych, musiałem się czymś zająć przez cztery godziny w pociągu, gdy tu jechałem – naciskam guzik i półprzezroczysty ekran rozświetla się na tle brązowej narzuty. Kątem oka obserwuję Yongguka i jego reakcję, ale nie wygląda, jakby był przeciwny temu pomysłowi, więc naciskam jedną z ikonek i na pulpit wyskakuje folder z kilkoma plikami.
- Ty wybieraj.

Coś gorącego uderzającego w moją twarz zmusza mnie do otworzenia oczu. Przecieram powieki, rozciągając się. Przez nieodsłonięte okno przeciska się pas słońca, który to mnie obudził. Oprócz niego nie ma innego źródła światła w pokoju i jest dość ciemno, mimo tego próbuję odnaleźć się w otoczeniu. Pościelone łóżko przykryte kocem, kartonowe pudła w rogu, gitara przy ścianie-
Podrywam się na równe nogi orientując się, gdzie jestem.
Wyciągam ze swojej torby telefon, na którym miga godzina siódma i kilka powiadomień. Musiałem zasnąć, kiedy oglądaliśmy film.
Wychodzę niepewnie z sypialni, rozglądając się wokół. Czuję się przez chwilę jak agent, który nie chce zostać zauważony i przypominają mi się dziecięce zabawy z młodszym rodzeństwem.
Zastaję Yongguka w kuchni, krzątającego się po pokoju. Podchodzę do niego powoli, stukając go w bok, by zwrócić jego uwagę. Odwraca się w moją stronę, najpierw lekko zaskoczony, by potem jego rysy twarzy złagodniały.
- Czy na śniadanie też jest herbata? – uśmiecham się szeroko, opierając się o blat. Yongguk odpowiada mi melodyjnym śmiechem i wskazuje na kubki stojące obok i zaczynam się zastanawiać, czy to kolejne herbaty czy może te same z wczoraj. Nagle przypomina mi się, że praktycznie po kilkunastu minutach filmu zasnąłem, zostawiając Yoona samego z praktycznie obcą, nieprzytomną osobą w jego mieszkaniu. Odchrząkuję, przez do jasnowłosy odwraca się w moją stronę, podnosząc brwi. – Przepraszam, że tak odpadłem od razu wczoraj, aż mi głupio. – śmieję się niepewnie, drapiąc nerwowo kark.

 <Yongguk?>
Ilość słów: 838
Ilość punktów: 50 + 220 = 270

piątek, 23 marca 2018

Od Yongguka CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Oderwałem usta od ciepłego kubka, by złapać kontakt wzrokowy z Fyodorem - Piszę - Stwierdziłem, odkładając naczynie na posadzkę. Ogarnąłem wzrokiem plik kartek rozścielonych przed nogami blondyna. Nagle natrafiłem na jeden z poematów, który nie powinien ujrzeć światła dziennego.
Był to ten z kategorii komplementów na temat czyjegoś nagiego ciała i choć byłem dorosłym facetem  to myśl o tym, że Fyodor mógłby zażądać przetłumaczenia mu tego właśnie konkretnego dzieła wydawała się bardzo nieprzyjemna. Zmarszczyłem nos próbując wymyślić coś, co odwiodłoby go od tematu poezji.
- Piszę też piosenki - Wypaliłem, podrywając gwałtownie się na równe nogi- Lubisz śpiewać? - Wymamrotałem, próbując wygrzebać swoją gitarę zza szafy. W końcu wyjąłem ją, następnie unosząc instrument do góry w triumfalnym geście rozsiadłem się na łóżku. Ostrożnie szarpiąc struny zacząłem wygrywać stary jak świat kawałek, który napisałem jeszcze za czasów licealnych.
Słodki dźwięk gitary wypełnił szczelnie pokój, dzięki czemu pomieszczenie wydało się trochę mniej surowe. Na chwilę zapomniałem o trudach całego dnia, o rozciętej wardze i pozdzieranych dłoniach.
Przeniosłem się do drugiej klasy liceum, gdy siedząc i wsłuchując się w odgłosy lipcowego wieczora na prowincji wpadłem na trop swojej pierwszej melodii.
Uniosłem wzrok znad instrumentu, by przyjrzeć się reakcji mojego słuchacza. Fyodor siedział bokiem, z głową zabawnie opartą o materac zaraz obok mojej nogi. Jego twarz wyglądała na ukojoną, jego lekko przymrużone powieki drgały delikatnie. Nawet nie zauważyłem, że wpatrując się w jego sylwetkę przestałem grać. Wyglądało na to, że zabrał zbyt dużo mojej uwagi i nie starczyło jej już na gitarę. Wtem blondyn otworzył oczy, po czym unosząc pytająco jedną brew odezwał się -Nie ma tekstu -Wydedukował, widocznie zdziwiony.
- Mhm, to same brzmienia. Fajne w niej jest to, że nikomu nic nie narzuca i można ją interpretować na różne sposoby - Odłożyłem gitarę za siebie, tym samym kończąc swój maleńki koncert.
- Szczerze, to spodziewałem się po tobie zupełnie innego rodzaju muzyki. A to jest takie...delikatne - Blondyn zaśmiał się, rozkładając ręce na pościeli - Myślałem, że zapodasz mi jakiś singiel z dużą ilością przekleństw.
- Dobrałem piosenkę do twojego poziomu wtajemniczenia - Uśmiechnąłem się zgryźliwie, nie mogąc jednak powstrzymać śmiechu - Wiesz, to jak w związku. Im dłużej z kimś jesteś tym dziwniej się robi.
- Sugerujesz, że im dłużej będziemy się znać, tym dziwniejsze piosenki będziesz przede mną odkrywać? Nie wiem, czy chcę się w to pchać - Blondyn prychnął śmiechem, uderzając mnie figlarnie pięścią w kolano.
- Cóż, nie nalegam - Zachichotałem, rozkładając się monotonnie na posłaniu - Mówiłeś, że twoje mieszkanie jest chwilowo w słabym stanie, nie? - Blondyn kiwnął głową w geście potwierdzenia - Moja kanapa jest wolna, gdyby jednak życie jaskiniowca ci się znudziło.
Fyodor zmierzył mnie badawczym wzrokiem, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem - To normalne, że przygarniasz do domu nowo poznanych ludzi? - Zapytał, bawiąc się skrawkiem brązowego koca zarzuconego niedbale na łóżko.
- Biorąc pod uwagę to, że to mój pierwszy dzień posiadania mieszkania to chyba tak? - Wzruszyłem ramionami, odwracając się w jego stronę - Poza tym nie wydajesz się groźny, więc jestem w stanie zaryzykować.

<Fyodor? Wybacz, że takie ubogie ;-; >
Ilość słów: 473
Ilość punktów: 50 + 120 = 170

piątek, 16 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguka 'Pierwszy krok'


Pozwoliłem swoim nogom pociągnąć się w głąb mieszkania, obserwując ostrożnie otoczenie. Wiedziałem, że Yongguk tak samo jak ja wprowadził się dopiero wczoraj, więc nie zdziwiły mnie jeszcze puste ściany i jedynie pojedyncze meble. Jestem trochę wdzięczny, że zaproponował pójście do siebie, bo w porównywaniu z jego mieszkaniem moje jest ostatnią norą, tym bardziej że miałem nie mieć ani wody, ani światła do końca tygodnia. Wciąż nie potrafiłem uwierzyć w moje szczęście.
Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu znalazłem się w sypialni, pośród sporego, niedbale pościelonego łóżka i prawie pustego kartonu. Obejrzałem się za siebie, upewniając się, że Yongguk jest jeszcze w kuchni i ruszyłem w stronę pudełka.
Jeszcze zapłacisz za swoją wścibskość, zobaczysz.
Na szczycie rzeczy leżących w środku było kilka kartek, złożonych w spory plik. Złapałem za nie, jeszcze raz oglądając się za siebie.
Okej, okej.
Oparłem się o, o dziwo miękki materac, siadając po turecku na zimnej podłodze. Mimo wszystko miałem wrażenie, że wystarczająco narzucam się chłopakowi, żeby dodatkowo siadać na jego łóżku, na którym on normalnie śpi, omójbożejestemwsypialniYonggukajaktosięstało - Dopiero kiedy widzę zmięte kartki w swojej dłoni, zdaję sobie sprawę, jak mocno zaciskałem palce. Wyprostowuje je na posadzce, czując, jak zimny dreszcz przechodzi przeze mnie, bo teraz Yongguk na pewno zauważy, że grzebałem w jego rzeczach.
Przesuwając dłonią po kartce po raz tysięczny, zauważam, co właściwie na niej się znajduje. Na początku wydaje mi się, że są to małe obrazki, trochę podobne do cyrylicy, którą wbijał mi na pamięć od małego Herbert, ale mają więcej kółek i są bardziej okrągłe i po chwili wcale ani trochę nie są podobne do cyrylicy. Mimo wszystko domyślam się, że to jest jakiś język. Wsuwam palce między kartki na stosiku obok mnie, obserwując, czy wszystkie są zapisane w podobny sposób. Kilka pierwszych jest, same wzorki ułożone są w dość symetryczne paragrafy, co trochę przypomina coś bliższego poezji czy powieści niż zwykłym notatkom.
Pomiędzy pełnymi znaków kartami znajduję kilka złożonych na kształt kwiatów. Odkładam je ostrożnie na podłogę obok siebie, żeby nie pognieść ich jak tych dwóch pierwszych stron.
Po dłuższym przeszukiwaniu znajduje kilka kartek zapisanych normalnymi literami i z jednej strony jest mi jakoś lżej, ale z drugiej teraz będę w stanie to odczytać, a to już w ogóle jest naruszenie prywatności jak cholera.
Moje nerwowe myśli przerywa wibrowanie telefonu, który podskakuje w mojej kieszeni. Wyciągam komórkę, bezmyślnie odbierając połączenie. Nie mam czasu nawet na powiedzenie „halo”, kiedy głośny krzyk wydobywa się z telefonu:
- Fyedka!
Pocieram skronie, czując nadchodzący ból głowy. Sonya od zawsze miała w zwyczaju mówić głośniej niż potrzeba, a ja po dniu stresu naprawdę nie miałem ochoty na ryk piętnastolatki. Mogę się założyć, że sąsiedzi z domu obok perfekcyjnie słyszą jej głos.
– Zdechłeś, czy co? Pisałam do ciebie!
- Byłem zajęty – wsuwam palce między kolejne kartki, wyciągając na ślepo kilka ze środka stosiku. Z drugiej strony telefonu wydobywa się prychnięcie, po chwili coś ląduje z trzaskiem na ziemi i słyszę stłumiony krzyk Theodora. Uśmiecham się pod nosem, słysząc ogólny chaos, który jednak pozostał w domu, chociaż ja, główny jego stworzyciel, wyjechałem.
- Już skończyłeś zajęcia?  Tak poza tym, to kiedy powiedziałam dziewczynom z klasy, że mój brat przeniósł się do Alatras, to im oczy wyszły z orbit! – Sonya wydaje z siebie dźwięk podobny do wybuchu i śmieje się głośno. Uśmiecham się pod nosem, czując ukłucie gdzieś w środku, cholera, to dopiero pierwszy dzień, a mi już tęskno do domu. Nie mam ochoty mówić jej, w jakim stanie jest moje nowe mieszkanie, Sonya była niezwykle podekscytowana całą przeprowadzką, od kiedy wszystko wyszło na jaw, nie chcę psuć jej wizerunku miasta, o którym tak marzy.
- Zerwałem się? – mówię niepewnie, lustrując tekst na jednej z kartek, którą wyciągnąłem. Tak, to na pewno wiersz. Albo piosenka?
- Co? – Sonya chyba czymś się zakrztusiła, bo kaszle przez chwilę, po czym słyszę czyjś zduszony śmiech. Marszczę brwi.
- Czy to jest aż tak dziwne?
- Nieważne – Sonya parska i teraz już jestem pewien, że to Joanne próbowała powstrzymać swój śmiech, bo słyszę jej głos gdzieś w tle. – Czemu się zerwałeś?
- Była bójka – odsuwam kartkę, którą czytałem i biorę kolejną w dłoń. Nie doczytuje się, tylko przejeżdżam tekst wzrokiem, Yongguk nie powinien być bardzo zły, prawda? – Musieliśmy z jednym chłopakiem siedzieć u pielęgniarki, a kiedy nas wypuściła, to już nie miałem ochoty wracać na zajęcia, więc wyszliśmy.
- I gdzie jesteś?
- Uh – zagryzam wargę, odsuwając kartki na chwilę – U niego w domu?
Sonya krzyczy tak głośno, że na chwilę przerywa połączenie. Kiedy uspokaja się, słyszę, jak ktoś uderza w coś mocno. Co tam się dzieje?
- To twój pierwszy dzień a ty już wylądowałeś u kogoś w domu? Co z ciebie za zawodnik! Przynajmniej jest ładny, czy nie?
- Ha ha. To cześć – wyłączam się i chowam telefon do kieszeni, próbując ponownie skupić się na wierszach Yongguk’a.
Nie miałem czasu skończyć czytać pierwszej strofy, kiedy słyszę czyjeś kroki. Podnoszę wzrok i na moje szczęście, krzyżuję spojrzenia z Yonggukiem (z drugiej strony, czyje kroki mogłyby to być, gdy byliśmy sami w jego mieszkaniu?).
Świetnie.
Chłopak siada obok mnie na podłodze, przesuwając w moją stronę jeden z parujących kubków. Nie wygląda, jakby chciał mnie zabić albo zrobić cokolwiek szkodliwego, więc jest nawet dobrze.
Biorę kubek niepewnie w dłonie, odkładając wpierw kartki, układając je w równy stosik nieco dalej od nas. Miałem nadzieję, że jak je odsunę, może Yoon zapomni, że w ogóle grzebałem w jego prywatnych rzeczach.
Kubek jest gorący i powstrzymuję potrzebę odstawienia go na ziemię z trzaskiem, bo wiem, że moje zmrożone dłonie potrzebują ciepła. Przykładam naczynie do ust i prawie rozpływam się, kiedy czuję na języku słodki smak malinowej herbaty.
- Dziękuję – opieram łokcie na kolanach, rozluźniając się lekko – super mieszkanie, tak przy okazji – krzywię się, kiedy słyszę, co wyszło z moich ust (bo „super”, serio? Jest tyle lepszych słów, których można użyć).
Po każdej rozmowie z Sonyą moje słownictwo ograniczało się do kilku słów, które ona zazwyczaj używa.
 – Ja rano dowiedziałem się, że u mnie nie będzie ani wody, ani światła do końca tygodnia.
Na szczęście to odrobinę rozluźnia atmosferę, bo Yongguk śmieje się łagodnie, mrużąc przy tym lekko oczy.  Po chwili znowu okala nas cisza, ja próbuję skupić się na parze wodnej sunącej powoli w powietrzu, rozpływającej się gdzieś na poziomie moich ramion, próbując znaleźć jakiś, jakikolwiek temat do rozmowy, byleby nie zjadła nas ta niezręczna cisza.
Zanim zdałem sobie z tego sprawę, odzywam się i dopiero po chwili uświadamiam sobie, co powiedziałem:
- Piszesz wiersze – to nie brzmi nawet, jak pytanie i jest mi jeszcze bardziej głupio, bo to kolejny przykład zdarzenia, kiedy nie powinienem za nic się odzywać. Mimo wszystko Yongguk nie wydaje się być dotknięty moim stwierdzeniem, przynajmniej na takiego wygląda, więc mimowolnie rozluźniam się, wypuszczając cicho z płuc powietrze, które nie zdawałem sobie sprawy, że wstrzymywałem.

<Yongguk?>

Ilość słów: 1138
Otrzymane punkty: 50 + 285 = 335


niedziela, 4 marca 2018

Od Yongguk'a CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Przekalkulowałem szybko wszystkie za i przeciw akcji, którą proponował Fyodor.
Uciekanie z wykładu już w pierwszy dzień było dość lekkomyślne. W gruncie rzeczy to zupełnie gówniarskie zachowanie.
Z drugiej strony jednak była możliwość, że zobaczę twarz tego gościa jeszcze raz. Krew gotowała się we mnie na samo wspomnienie jego mordy, mimo że kłucie w plecach przypominało mi o nikłych szansach na wygraną przeciw niemu.
No, i został jeszcze sam Fyodor. Zdążyłem już przyporządkować go do wzoru grzecznego chłopca, a on nagle zaproponował mi ucieczkę ze szkoły. Bądźmy szczerzy, ciekawił mnie jak cholera i zostawienie go samego sobie byłoby marnotrawstwem.
-Spadamy- Posłałem blondynowi porozumiewawczy uśmiech po czym wycofaliśmy się w stronę schodów. Po drodze zgarniając kurtkę chłopaka z poręczy przemieściliśmy się do szatni gdzie zarzuciłem na siebie swoje wierzchnie odzienie.
Byłem w trakcie wiązania drugiego buta, gdy nagle ktoś trzeci wpadł do pomieszczenia. Poderwałem głowę do góry, usiłując rozszyfrować tożsamość przybysza. Miał na sobie czerwoną bluzę z nadrukiem tygrysa na plecach.
Podniosłem się z kolan z zamiarem przyjrzenia się jego twarzy, jednak nie było mi to już potrzebne w chwili, gdy zobaczyłem bandaż zawiązany na jego głowie. W szkole tego dnia była tylko jedna osoba z obrażeniami głowy.
Chłopak zbliżył się do Fyodora z serdecznym uśmiechem wymalowanym na twarzy i zaczął rozmowę. Odpuściłem sobie wtrącanie się, mimo że trochę mi się spieszyło. Oparłem się o ścianę z niekrytym zaciekawieniem przysłuchując się ich konwersacji. Chłopak, którego w myślach zacząłem nazywać "Tygrysem" był na oko o rok, może dwa starszy ode mnie. Miał podłużną, trójkątną twarz oraz małe oczy a także zabawnie odstające uszy.
Tygrys nieco zbyt uczuciowo dziękował blondynowi za "uratowanie życia". Na moje oko za bardzo słodził i wyglądało to sztucznie. Przestań być sceptyczny, Yoon. Chłopak się wczuwa i tyle.
Fyodor wyściubił zadarty nos zza ramienia chłopaka, widocznie sprawdzając, czy nie postanowiłem uciec. Spróbowałem uśmiechnąć się półgębkiem, jakby mówiąc "Luz, nie spiesz się." ale nie wyszło, bo wcale tak nie myślałem. Skleiłem tylko najsztuczniejszy uśmiech świata, odrywając się od podpieranej przeze mnie dotychczas ściany.
Zanim Tygrys zdążył wbić zagłębiającego się coraz bardziej w swoją kurtkę Fyodora w ziemię kolejną falą pytań przerywanych ponawianiem podziękowań, zupełnie przypadkiem oparłem łokieć na ramieniu blondyna, przerywając mu wpół słowa -Wybacz, spieszymy się.
Starszy zmarszczył brwi lustrując mnie  niepewnym wzrokiem  -Ach, sorry. -Uniósł ręce w przepraszającym geście.
Ruszyłem pewnym krokiem do drzwi nie zważając na fakt, że moja ręka zacisnęła się na ramieniu Fyodora i że ciągnąłem biedaczynę za sobą. Zauważyłem to dopiero, gdy opuściliśmy budynek. -Hej, Yongguk. Nie masz zamiaru wyprowadzać go z błędu? -Zagadnął blondyn, chowając prawie całą twarz pod obszernym kapturem.
-Jakiego błędu? - Skrzywiłem lekko twarz pod wpływem szczypiącego ją nieprzyjemnie zimnego wiatru.
 -No, wiesz... gość uważa, że to tylko ja go obroniłem. -Fyodor wyjrzał spod kaptura, unosząc zabawnie oboje jasnych brwi.
-Ma rację. -Mruknąłem, próbując uniknąć jego świdrującego wzroku. -Nie biłem się dla niego.
Fyodor zamilkł na chwilę. Przyglądałem się, jak zabawnie zarzucając nogami rozrzuca śnieg na boki.
Dotarliśmy na stację, która w końcu ochroniła nas przed dalszymi atakami chłodnej zamieci.
-To gdzie jedziemy? -Chłopak zrzucił z siebie kaptur, ukazując swoją rozczochraną czuprynę.
-Do domu. -Wzruszyłem ramionami, jakby jego pytanie zostało wytrzaśnięte z kosmosu.
-Oj,no weź. -Fyodor jęknął, nadymając policzki z upartością przedszkolaka. -Pierwszy raz uciekam ze szkoły, a ty chcesz mnie odesłać na chatę?
-Gdzie oni cię chowali? - Wzdychając zapytałem trochę samego siebie, trochę bawiącego się suwakiem swojej kurtki blondyna. -Możesz wpaść do mnie, skoro tak bardzo ci zależy żeby się gdzieś podziać- Fyodor przestał bawić się suwakiem i uniósł głowę. Przez chwilę przypatrywał mi się z uwagą.
-Dobra -Odparł po dłuższej chwili zastanowienia, akurat gdy na peron podjechał nasz pociąg. O tej godzinie nie było w nim jeszcze zbyt dużo osób, więc bez problemu znaleźliśmy sobie miejsca w przedziale. Większą część drogi przemilczeliśmy, choć cisza była niezręczna. Cóż, przynajmniej dla mnie. 
Kilka przystanków dalej wyszliśmy, udając się w drogę do mojego domu. Blondyn rozglądał się  uważnie dookoła, co jakiś czas wydając z siebie to charakterystyczne "Och". Miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale za każdym razem kończył nie mówiąc ani słowa.
O pierwszej miasto naprawdę wydawało się spokojne, gdyż większość jego mieszkańców siedziała jeszcze zamknięta za szklanymi ścianami wieżowców. Nawet wiatr zamilkł, pozostawiając nas w utopijnej ciszy. Z braku laku wsłuchiwałem się w śnieg trzaskający cichutko pod naszymi butami, jak również głośne oddechy chłopaka idącego za mną.
Po dotarciu pod docelowy budynek, przystanąłem na chwilę, poszukując w głębokich kieszeniach kluczy do drzwi.
-Cholera, chyba je gdzieś zgubiłem. -Udałem przestraszonego, chcąc zmusić blondyna do ożywienia się choć na chwilę. W rzeczywistości już trzymałem klucze w dłoni.
-Huh? -Fyodor zmarszczył brwi, jakby nie dosłyszał. -Żartujesz, prawda? Powiedz, że to żart.
Nie była to reakcja której się spodziewałem, ale przynajmniej się odezwał. Zaśmiałem się lekko, machając mu kluczami przed nosem.
-No, to teraz na samą górę -Westchnąłem, przytrzymując przed chłopakiem drzwi wejściowe.
-To już nie jest śmieszne. Moje nogi z a m a r z ł y -Chłopak jęknął, pocierając  zaróżowione od mrozu policzki.
-Mówię serio. Mieszkanie nie było tanie bez powodu -Ominąłem Fyodora na klatce schodowej i zacząłem się wspinać w górę.
W końcu dotarliśmy do mojego mieszkania. Pierwszym, co zrobił blondyn było rozłożenie się na podłodze w sieni, jakby przebiegł cały maraton. Nie dbał o to, że podłoga była mokra, bo nanieśliśmy do środka chyba z kilogram śniegu.
Chyba już zdążyłem zakodować to, że robił rzeczy, których nie potrafiłem pojąć. Nawet nie próbowałem pytać, zwyczajnie pozwoliłem mu robić, co chciał.
Wszedłem do kuchni, zgarniając granatowy kubek do zlewu. Wyjąłem dwa czyste naczynia i ze stukotem ustawiłem je na blacie. Włączywszy elektryczny czajnik wychyliłem się zza ściany, by sprawdzić, jak idzie Fyodorowi podnoszenie się z ziemi -Co chcesz do picia? Mam herbatę i...herbatę. -Przyglądałem się jak chłopak stając na palcach zawiesza kurtkę na wieszaku, nie zważając na to, że jego prawa skarpetka znajduje się w kałuży.
-Chyba zdecyduję się na herbatę -Zaśmiał się melodyjnie, próbując na oślep ułożyć swoje odstające włosy.
-Rozgość się - Rzuciłem pospiesznie, gdyż dźwięk wrzącej wody przywołał mnie z powrotem wgłąb kuchni. Wyjąłem z szafeczki malinową herbatę i wrzuciłem ją do obu kubków. Wybrałem ją, bo to była według mnie najlepsza herbata na zimowe dni, takie jak ten. Sam Fyodor też kojarzył mi się z malinami. Czemu? Tak zwyczajnie, bez powodu.
Wewnętrznie czułem, że znajdę blondyna w swojej sypialni. Tam też udałem się z kubkami pełnymi ślicznie pachnącego naparu.
Zastałem go, o ironio, znów na podłodze. Siedział po turecku, lekko przygarbiony, jedną ręką oparty był o ramę łóżka. W jego dłoniach znajdował się lekko pomięty plik kartek, z których kilka leżało już rozrzuconych niedbale po dywanie. Gdy usłyszał moje kroki, lekko zmieszany uniósł głowę z gestem przeprosin wymalowanym na twarzy. Jednak jego oczy świeciły jakimś niewytłumaczalnym blaskiem. Nie mogłem być na niego zły, nawet gdybym zechciał.

<Fyodor?>

Ilość słów: 1120
Otrzymane punkty: 50 + 280 = 330

czwartek, 1 marca 2018

Od Fyodora CD Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Cała ta sytuacja zostawiła mi w ustach gorzki, nieprzyjemny smak, może to krew z wargi, którą nerwowo zagryzałem przez całą naszą podróż do gabinetu pielęgniarki. Wciąż czułem, jak nienaturalnie szybko biło mi serce, jak ciężki i drżący jest mój oddech, jak drżą mi dłonie, chociaż ja nie dostałem ani jednego uderzenia.
Kto normalny rzucał w osobę koszem na śmieci?
Kto normalny rzuca się przed taką osobę, nie mając żadnej sprawności w walce?
Yongguk szedł kilka kroków przede mną, stawiając spokojne i uważne kroki. Co prawda kobieta powiedziała, że jeżeli czuje ból, to wszystko jest w porządku, jednak wciąż miałem wrażenie, że mimo wszystko cała sytuacja była moją winą, co powodowało, że było mi jeszcze bardziej niedobrze. W końcu rzuciłem się między napastnika a chłopaka leżącego na ziemi. Za mną rzucił się Yongguk, który dostał najwięcej obrażeń. Wciąż nie byłem pewien, czemu to zrobił. Mimo wszystko byłem mu cholernie wdzięczny.
Potruchtałem w stronę chłopaka, wyrównując z nim krok. Szliśmy chwilę w ciszy, Yongguk skupiony na swoich krokach (przynajmniej tak mi się wydawało, wciąż patrzył się w podłogę), ja próbujący zacząć rozmowę.
- Nie musiałeś wtedy, no wiesz – przełknąłem ślinę, gdy jasnowłosy zwrócił na mnie wzrok. – Ale dziękuję. Gdyby nie ty, wylądowałbym jak tamten, z koszem na głowie – zaśmiałem się gorzko, drapiąc się lekko po karku.
-  Nie ma sprawy – uśmiechnął się ciepło, ale widziałem gdzieś w głębi, że napastnik mimo wszystko musiał go nieźle poturbować.
Pielęgniarka wskazała nam łóżko z boku gabinetu, siadając do komputera. Pozwoliłem Yongguk’owi położyć się na pryczy, sam usiadłem na chłodnej posadzce obok niego. Chłopak posłał mi wdzięczne spojrzenie, ja tylko uśmiechnąłem się niepewnie, obserwując kobietę wystukującą coś na klawiaturze. Po chwili ciszy poprosiła od jasnowłosego dane, imię, nazwisko, rocznik. Wpisała to wszystko w komputer i zniknęła, mówiąc coś o drukarce pod nosem.
Gdy drzwi gabinetu zatrzasnęły się za nią, odwróciłem głowę w stronę leżącego na łóżku.
- Hej, przynajmniej nie musimy iść na strzelectwo – uśmiechnąłem się krzywo w jego kierunku, składając dłonie w kształt pistoletu. – Zawsze jakiś plus.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, ja zsunąłem się lekko, żeby wygodnie oprzeć głowę o ramę łóżka i zwróciłem wzrok na sufit.
- To głupie – wymsknęło mi się po chwili, gdy czułem, jak zmęczenie osiada na moich ramionach i przymyka moje powieki.
- Co? – pytanie Yongguk’a uświadomiło mnie, że powiedziałem to na głos a nie w myślach, co było w moich planach. Zwróciłem wzrok w stronę chłopaka. Z mojej pozycji widziałem go prawie do góry nogami ale nie miałem ochoty podnosić się, materac narzucony na pryczę był bardziej miękki niż mi się wcześniej wydawało a ja zacząłem czuć efekty nowych leków (których jednym z efektów ubocznych była, uwaga, senność) i stresu spowodowanego walką przerwaną przez nas na korytarzu.
- Zostawiła nas samych w gabinecie. Pielęgniarka. Poza tym, czemu tamci się pobili? To nie ma sensu. Nic nie ma sensu. – powstrzymałem ziewnięcie, podskakując lekko, gdy drzwi otworzyły się z trzaskiem i do sali weszła ciemnowłosa kobieta. Wróciła na swoje poprzednie miejsce, wyciągając coś z szuflad obok biurka. Ruszyła w naszą stronę, więc wstałem i usunąłem się na bok.
Pielęgniarka ostukała Yongguk’a, sprawdziła mu tętno, upewniła się, czy nie ma nic złamanego, zwykłe, podstawowe badania. Gdy oznajmiła, że z akcji zostaną chłopakowi maksymalnie siniaki, wypuściłem powietrze, którego nie wiedziałem, że powstrzymywałem. Mnie tylko zapytała, czy zostałem dotknięty, ale kiedy pokręciłem głową, schowała przedmioty powrotem do szuflad.
- Dobra, musicie tutaj posiedzieć do – zmarszczyła brwi, spoglądając na zegarek na jej nadgarstku. – trzynastej, potem wracacie na zajęcia.
Po tym wróciła do wstukiwania informacji na komputer bez kolejnego słowa. Skrzyżowałem wzrok z jasnowłosym leżącym na pryczy, marszcząc brwi.
- Zaraz – powiedziałem powoli, podchodząc do kobiety. Ona po dłuższej chwili podniosła na mnie niechętnie wzrok. – Nie poda mu pani żadnych leków przeciwbólowych? Ibuprofenu, paracetamolu? Chyba widać, że go pobili?
Pielęgniarka zmierzyła mnie wzrokiem, nie odzywając się przez jakiś czas. Wstała i ruszyła do kabinet ki obok, wyciągając kilka pudełek, obserwując uważnie opakowania. Po chwili pozbyła się wszystkich oprócz jednego, z którym ruszyła do Yongguk’a leżącego na pryczy. Nachyliła się nad nim, machając ulotką wyjętą ze środka.
- Jedna co trzy godziny. Jeśli ból nie ustanie do jutra, kontaktuj się.
Chłopak podniósł się, popijając tabletkę wodą, którą podała mu kobieta.
Po tym zostaliśmy wypchnięci z gabinetu.

Wyciągnąłem z kieszeni telefon, sprawdzając godzinę - było kilka minut do trzynastej, więc nie mogłem wskoczyć do środka i oskarżyć ją, że wyrzuciła nas przed określoną godziną. Schowałem komórkę, zwracając wzrok na Yongguk’a. On patrzył się gdzieś przed nas, na kilku studentów stojących w grupce. Sam zacząłem się zastanawiać, czy wszyscy tutaj są tak agresywni? Oczywiście, jesteśmy kadetami i powinniśmy być nawet przyzwyczajeni do przemocy, ale czy rzucanie w siebie śmietnikami to było zachowanie na porządku dziennym?
Kolejny dzwonek wyrwał mnie z zamyślenia równie nagle, jak przerwał grupce w rozmowie. Szybko rozpierzchli się po korytarzu, znikając w różnych salach bez pożegnań między sobą.
Wtedy wpadłem na pomysł.
Złapałem jasnowłosego za ramię, zwracając jego uwagę na siebie.
- Chodźmy stąd – on podniósł brwi, ale nie wyglądał, jakby miał ochotę protestować, więc zacząłem znów mówić. – Mamy wymówkę, była bójka. Ja nie mam już ochoty tu być dzisiaj. Przyjdziemy jutro. Teraz możemy gdzieś wyjść, odpocząć.
Obserwowałem, jak Yongguk zastanawia się nad moją propozycją. Zorientowałem się, że wciąż trzymam dłoń na jego ramieniu, więc odsunąłem się na bok, próbując uniknąć wzroku chłopaka i zignorować to, że prawdopodobnie zrobiłem się czerwony.

<Yongguk?>

Ilość słów: 885 
Otrzymane punkty: 50 + 220 = 270


niedziela, 25 lutego 2018

Od Yongguk'a CD Fyodora 'Pierwszy Krok'

Odruchowo złapałem się za brodę, zastanawiając się głęboko. Finalnie doszedłem do wniosku, że nie mam bladego pojęcia o naszym planie zajęć, wyjąłem więc z kieszeni telefon, w którym miałem zapisany rozkład lekcji. -Wygląda na to, że teraz strzelectwo. - Mruknąłem pod nosem, przez chwilę nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
- Oh. - Nie potrafiłem zidentyfikować, jaką emocję reprezentował odgłos wydany przez chłopaka. Szczerze mówiąc moje uszy jeszcze nigdy nie zostały pobłogosławione tak równomierną mieszanką westchnienia i pomruku zarazem. Zaciekawiony podniosłem wzrok, by przyjrzeć się wyrazowi jego twarzy.
Patrzył gdzieś w dal, odwrócony do mnie bokiem. Nie byłem pewien czy obiektem jego zainteresowania była konwersująca o czymś żywo grupa ludzi czy też może widok za ogromnym oknem. Twarz chłopaka była poza zasięgiem, toteż moja ciekawość musiała usiąść i się zamknąć. Zawiesiłem wzrok na zabawnie odstającym kosmyku jego blond włosów, zawiniętym do góry tuż obok prawego ucha Fyodora.
Zaśmiałem się delikatnie pod nosem, choć wewnątrz miałem nieodpartą ochotę założyć włosy za jego ucho tak, by już nie odstawały. Blondyn nagle odwrócił się, unosząc pytająco jedną brew.
Uniknąłem jego badawczego wzroku, udając, że wcale to nie ja się nie śmiałem. Stwierdzając, że jest mi wystarczająco ciepło zrzuciłem z ramion czarną bluzę, przewiązując ją następnie wokół bioder.
- Wiesz, że mamy tu szatnię, nie? - Wskazałem ruchem głowy na owinięty wokół szyi chłopaka szal, który miał na sobie od momentu, w którym pojawił się w sali. Blondyn spojrzał po sobie, otwierając delikatnie usta, ale nie wydając z siebie żadnego odgłosu. Zaczął zdejmować czerwony szal, zwijając go w kłębek. - Wiem, zwyczajnie nie miałem czasu. - Fyodor udając zupełnie niewzruszonego wepchnął szalik w rękaw kurtki, którą przerzucił przez przedramię.
- Chodź, mamy jeszcze kilka minut. - Odwróciłem się na pięcie, zmierzając w stronę schodów prowadzących na niższe piętro. Słyszałem za plecami lekkie kroki chłopaka w akompaniamencie odgłosu ściskanej w dłoniach kurtki. Podświadomie wiedziałem, że nie tylko ja czuję się trochę niepewnie oddalając się od grupy.
Zdążyłem znaleźć się na ostatnim schodku, gdy nagle coś gruchnęło okrutnie. Otworzyłem szerzej oczy, odnajdując źródło hałasu. Jakiś chłopak leżał na podłodze, kuląc się jak zbity pies.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że facet stojący nad nim dosłownie roztrzaskał śmietnik o jego głowę. Odłamki lazurowego plastiku ścieliły się po posadzce, tworząc swojego rodzaju przerażający witraż. Zanim zdążyłem ocknąć się z szoku w jakim pozostawił mnie ten akt skrajnej agresji, usłyszałem jak coś miękko upada na ziemię. Kurtka Fyodora spłynęła po kilku schodkach w dół z cichym świstem. Jej właściciel minął mnie w mgnieniu oka. Blondyn znalazł się pomiędzy atakującym a ofiarą, usiłując ich uspokoić w jakiś sposób. Czy ten gość jest niespełna rozumu?
 Ruszyłem w ślad za nim, bo co mogłem zrobić?
W czasie gdy blondyn próbował przemówić atakującemu do rozumu zdołałem zablokować jego ręce, wkładając w to całą swoją siłę. Mężczyzna był dużo bardziej przysadzisty ode mnie, zarzucał moim ciałem na boki z ogromną siłą, czułem się jak szmaciana lalka. Nie byłem w stanie długo go utrzymać,wkrótce przerzucił mnie nad swoimi plecami uderzając mną o podłogę. Ktoś w tle zaczął krzyczeć, wzywając nauczyciela.
Nie spodziewałem się, że agresor skupi się na mnie. A jednak, widząc, że chłopak na podłodze się nie rusza skoncentrował się na ruchomym obiekcie. Celował ciężkimi jak młoty pięściami w moją twarz, którą udało mi się w ostatniej chwili osłonić rękoma. Na oślep próbowałem kopnąć go w podbrzusze czy choćby w nogę.
Ku mojemu zbawieniu rozległ się charakterystyczny klik odbezpieczanej broni. Ciężki, męski głos ryknął: - Na ziemię, twarzą do podłogi!
Dopiero wtedy poczułem, jak ogromny ciężar został zdjęty z mojej klatki piersiowej. Przez chwilę jeszcze pozostawałem w pozycji obronnej, próbując uspokoić chaotyczny oddech. Adrenalina huczała w mojej głowie zakłócając wszystko dookoła.
Do moich uszu dotarł głośny, wyraźny odgłos kasłania. Zdjąłem ręce z twarzy, mrużąc oczy pod napływem rażącego światła. Blondyn siedział niecały metr ode mnie, roztrzęsionymi rękoma zasłaniając usta. Nie zwróciłem zbytnio uwagi na rozbrzmiewający dzwonek, ani na nauczycieli nerwowo popędzających studentów, by weszli do sal. Zignorowałem szepty spanikowanych uczniów i ich świdrujące spojrzenia.
Wyciągnąłem lekko  roztrzęsioną dłoń, by pociągnąć chłopaka za rąbek swetra. - Jesteś cały? - Mój głos brzmiał chrypliwie i jakoś tak nieprzyjemnie.
Fyodor zakaszlał jeszcze kilka razy, zanim wyjął z kieszeni inhalator. - Mhm. - Wymruczał między głębokimi oddechami. Wbiłem wzrok w sufit, nieco obawiając się tego, co będzie dalej.
Jesteś debilem, Yongguk. Masz dwadzieścia dwa lata, może to pora w końcu przestać się bić jak jakiś gówniarz? Ale to nie ważne. Już zdążyłeś wszystko książkowo spierdolić, gratulacje. Matka na pewno będzie dumna, kiedy odeślą cię do domu.
Po korytarzu rozniósł się echem odgłos stukotania obcasów o podłogę. Przyklęknęła przy nas kobieta ubrana w biały uniform, która widocznie była pielęgniarką. Miała okrągłą twarz, na której malowało się coś na kształt współczucia, lecz nie do końca. Jej włosy były lokowane i ciemne, upięte w delikatny koczek z tyłu głowy. Zaczęła dotykać moich nóg i rąk, co chwilę pytając czy bolało gdy poruszała moimi kończynami. Czułem cholerny, przeszywający ból w każdej części swojego ciała.
- To dobrze. - Stwierdziła kobieta. - Póki wszystko czujesz, jest w porządku.
Brunetka pomogła mi się podnieść z posadzki. Zagryzłem wargę, próbując nie syczeć z bólu. Fyodor odmówił pomocy, samodzielnie dźwigając się z ziemi.
Po drodze pielęgniarka wyjaśniła nam, że najbliższą godzinę musimy spędzić w jej gabinecie. Nie protestowałem, było mi już wszystko jedno.

<Fyodor?>

Ilość słów: 862
Otrzymane punkty: 50+ 215= 265

Od Fyodora CD Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Ze snu podrywa mnie ostry dźwięk budzika.
Podnoszę się z łóżka niemalże automatycznie, spoglądając w zakryte niezdarnie firaną okno. Słońce nie pojawiło się nawet na horyzoncie, miasto okryte jest ciemnością, jakby wciąż była noc, a nie rozpoczynał się dzień. Lampy autostrad i pojedyncze oświetlone okna wielkich budynków rozświetlają spowitą mgłą metropolię, zmieniając ją w miejsce znane mi tylko z obrazków. Przypomina mi się, że nie jestem w przytulnej sypialni na przedmieściach tylko w taniej kawalerce w Alatras. Po moim karku przechodzi lodowaty dreszcz. Przypomnij mi jeszcze raz, po co tu przyjechałeś.
Marszczę brwi, idąc w stronę toalety. Wciąż nie potrafię przyzwyczaić się do ciasności mieszkania, tego, jak mało miejsca można zmienić w coś, w czym nawet da się żyć. Potykam się o książki porozrzucane na podłodze, ale nie zawracam sobie głowy podnoszeniem ich.
Woda jest zimna, bez względu na to ile czekam, nastawiając kurek na gorącą. Wreszcie poddaję się i postanawiam wziąć prysznic w zimnej wodzie, ignorując krzyk matki w mojej głowie, że się przeziębię.
Z tą temperaturą na zewnątrz, tak czy siak, prawdopodobnie się rozchoruję.
Przyjechałeś tu do akademii, pomóc spłacać matce długi, masz tu cel i go spełnisz. Wzdycham cicho, wchodząc powoli pod strumień wody. Zimny jak lód płyn spływa po moim karku, powodując, że cały drżę.
Ten dzień zapowiada się wspaniale.

Sam nie wiem, czego spodziewałem się po praktycznie najtańszej kawalerce w mieście (przynajmniej tej ze wszystkimi czterema ścianami i dojazdem do akademii krótszym niż godzina), ale po znalezieniu karteczki przypiętej do drzwi, deklarującej, że wody, nawet tej zimnej, nie będzie do końca tygodnia („tak samo, jak światła, niezmiernie przepraszamy”) coś we mnie pękło.
Trudno, dożyję.
Chyba.

Okazuje się, że mój płaszcz nie wystarcza na okrutną zimę, o jaką postanowił przysporzyć nas Urkios; na szczęście po drodze do metra trafiam na obskurną uliczkę, w której rozłożone jest kilka stoisk. Jestem dość dumny z efektu zakupów na bazarze, jakim jest miękki, gruby bordowy szalik i ciemne, ciepłe rękawiczki.
Swoje ostatnie kieszonkowe wydaje na bilet, rezygnując z posiłku. Cóż, miałem wybór – zamarznąć lub umrzeć z głodu.
W metrze jest tak ciasno, że trudno mi się oddycha, choć sam nie jestem pewien, czy to nie z powodu paniki.
Wszystko w Alatras jest całkowicie inne od miejsca, w którym dorastałem. Bezpieczny, drobny dom na obrzeżach mniejszego miasta, skromny ogródek i ciche sąsiedztwo. Matka zawsze zajmowała się domem, dbając o naukę i dobre wychowanie swoich dzieci. Mój żołądek skręca się na myśl o tym, jak musi się teraz czuć, sama, prawdopodobnie w pracy, martwiąca się o Joanne i Sonyę, jak radzą sobie w szkole, czy Theodor odrobił lekcje, czy ja zdążyłem odespać kolejną naderwaną nocną zmianą noc.
Jak na zawołanie mój telefon wibruje.  Próbuję wyciągnąć go z kieszeni, ale ciała obcych ludzi naciskają na mnie ze wszystkich stron i ledwo co mogę wziąć oddech, ściskając kurczowo pasek torby. Odpiszę mamie później, nie powinna aż tak się martwić. 
Kogo ty oszukujesz, matka martwi się o ciebie jak cholera, pewnie siedzi przy oknie i martwi się i martwi, i martwi-
Z zamyślenia wyrywa mnie piknięcie i masy ludzi wypływają z wagonu jak na zawołanie. Spoglądam na mapkę, nie jeszcze nie wychodzisz, uspokój się, oddychaj-
Kolejne wibracje zmuszają mnie do wyciągnięcia telefonu z kieszeni.
Dwie wiadomości od Sonyi, jedna od Joanne i trzy nieodebrane połączenia od mamy. Naciskam guzik drżącym palcem i przykładam telefon do ucha.
- Fedya! – ciepły ton matki lekko rozluźnia moje spięte mięśnie, ale wciąż słyszę w jej głosie zmęczenie, które próbuje ukryć pod uśmiechem. – Jak życie w wielkim mieście?
- Mamo, dopiero wczoraj tu przyjechałem -  zasłaniam twarz dłonią, próbując zignorować spojrzenia innych podróżników, rzucane mi z zażenowaniem.
- Nie przepracowuj się tam, słońce – niemal słyszę, jak marszczy brwi i spaceruje w kółko po pokoju, ściskając coś nerwowo w dłoni. – Zawsze mogę ci przesłać pieniądze, wiesz o tym-
- Mamo – biorę głęboki oddech, zmuszając mój głos, żeby przyjął jak najpewniejszy ton. – Po to tutaj przyjechałem, żeby cię odciążyć. Wszystko będzie dobrze.
- Wszystko będzie dobrze – powtarza to kilka razy drżącym głosem, jakby sama próbowała siebie upewnić. Po kilku sekundach słyszę nerwowy śmiech i już wiem, że gdzieś tam, trzy godziny pociągiem stąd, moja mama chodzi w kółko po pokoju, marszcząc brwi, próbując powstrzymywać łzy spływające jej po policzkach.
- Mam już dwadzieścia lat. Poradzę sobie – zagryzam wargę, oczekując jej odpowiedzi. Przez chwilę słyszę tylko niestabilny oddech i pociąganie nosem i próbuje skupić się na mapce metra, upewniając się, że wiem, gdzie wysiadam.
- Sonya już tęskni, Fedyushka. Wracaj szybko – chcę powiedzieć, że wrócę szybko i to z takimi funduszami, że już nie będzie czego spłacać, ale przerywa mi dźwięk zakończonego połączenia. Chowam telefon do kieszeni, drżąc lekko. Zaraz trafisz do akademii, wszystko będzie dobrze.

Okazało się, że ten przystanek, przy którym wyszło najwięcej ludzi, był moim właściwym celem. Mój plan trafienia do akademii niecałą godzinę przed czasem nie wypalił, musiałem cofnąć się, znów przeciskać się między ludźmi w drodze do pociągu i próbując z niego wyjść.
Gdy wychodzę na powietrze, zimny powiew wiatru prawie zrzuca mnie z nóg. Okrywam nowy szalik mocniej wokół twarzy, ignorując, że o wiele trudniej jest mi wziąć pełny oddech. Mimo wszystko droga do akademii z przystanku zajmuje mi niecałe dziesięć minut, które spędzam na nerwowym spoglądaniu na zegarek, bo jest za dwadzieścia, za dziesięć, za pięć-
Staję przed budynkiem akademii równo o czasie, dzwonek (melodia? dźwięki?) oznajmiający rozpoczęcie wybrzmiewa, gdy wspinam się do wejścia. Jak na moje szczęście, wszystko ucicha wraz z moim wejściem i osoby pozostałe na korytarzu rzucają we mnie spojrzenia, które gdyby mogły, spokojnie zamordowałyby mnie na miejscu. Przełykam ślinę, uśmiechając się nerwowo. Panuje całkowita cisza, przerywana moim świszczącym oddechem. Czuję, że robię się czerwony, więc jeszcze bardziej zasłaniam się  szalikiem, choć już jestem wewnątrz. Moje płuca się palą, ale ignoruje ból i dopiero gdy znikam za rogiem, w którym nikogo nie ma, wyciągam inhalator.
Sprawdzam minimalnie pięć razy grafik i mapę budynku, zanim ląduje pod drzwiami sali, w której powinienem siedzieć od kilku minut.
Moje spóźnione wejście nikogo nie rusza, nawet wykładowcy, który nie przerywa swojej przemowy. Burczę ciche „przepraszam”, nurkując w głąb sali. Bezmyślnie rzucam się na pierwsze lepsze miejsce, opierając dłonie o ramię krzesła. Już chcę usiąść, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi, gdy zauważam, że miejsce tuż obok jest zajęte.
Cholera, już za późno, żeby uciekać gdzie indziej.
Odchrząkuję cicho, próbując zmusić swój oddech do uspokojenia.
- Mogę się przysiąść? – szepczę niepewnie, obserwując chłopaka siedzącego obok. On, o dziwo, uśmiecha się ciepło, przytakując.
Siadam, próbując ściągnąć z siebie płaszcz tak cicho, jak potrafię. Mój sąsiad wydaje się nawet zainteresowany wywodem nauczyciela, więc i ja próbuję skupić się na jego przemowie, ale trudno mi się skoncentrować, gdy wokół jest tyle ludzi. Czuję, jak moja noga podskakuje mimowolnie ze stresu.
Spoglądam nerwowo na chłopaka obok. Wygląda na dość wysokiego, na pewno wyższego ode mnie. Ma jasne włosy i przez chwile zastanawiam się, czy istnieje taki naturalny kolor, gdy zauważam cień odrostów i ciemne brwi. Jego ciemne oczy są podkrążone, lekko zaczerwienione odznaczają na tle bladej skóry.
Pociągam nieznacznie nosem, słysząc karcący głos matki z rana, gdy oczy chłopaka lądują na mnie. Przez chwilę patrzymy na siebie w ciszy i czuję, jak się czerwienię, bo cholera, on zauważył, że go obserwuję, co mam teraz zrobić?
Mój obeznany w kontaktach z ludźmi mózg podsunął mi tylko jeden pomysł.
- Fyodor. Fyodor Phoenix. Możesz mi mówić Fedya. Albo Fyodor, to nie ma znaczenia – wyciągam sztywną rękę w jego stronę, śmiejąc się nerwowo pod nosem. Mam ochotę ochrzanić Herberta, że kazał matce nauczać nas w domu, bo zwykła szkoła oszczędziłaby mi tak niezręcznych sytuacji. W końcu w szkole poznawało się ludzi, prawda?
Chłopak wydaje się nieco rozbawiony tą sytuacją, ale ściska po chwili moją dłoń, potrząsając ją lekko.
- Kim Yongguk.
Siedzimy chwilę w ciszy, znudzony głos wykładowcy w tle jak biały szum. Jasnowłosy po jakimś czasie odwraca głowę znów w stronę nauczyciela stojącego z przodu sali. Czuję, jak stres zjada mnie od środka i chowam głowę mocniej w szaliku, którego z jakiegoś nieznanego mi powodu nie zdjąłem. Biorę kilka głębokich oddechów, ale wciąż czuję ucisk w płucach, więc sięgam po inhalator. Z zamyślenia wyrywa mnie głos chłopaka obok.
- Co to?
Czuję, że robię się jeszcze bardziej czerwony, jeżeli to możliwe i karcę się w głowie, bo obiecałem sobie, że nie będę nikomu wpychać swojej choroby, miało być dyskretnie i cicho.
- Inhalator. Jestem astmatykiem – próbuję nonszalancko wzruszyć ramionami, ale to tylko mnie dezorientuje i udaje mi się zrzucić moją torbę na podłogę, jej zawartość wysypująca się na posadzkę. Schylam się, zbierając gorączkowo rozrzucone zeszyty i drobniaki. O dziwo, mój sąsiad również się schyla, pomagając mi ogarnąć bałagan.
- Ale ze mnie niezdara – śmieje się, gdy udaje nam się wszystko zebrać; panicznie unikając palącego wzroku jasnowłosego. On otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale rozbrzmiewa ta sama melodia z wcześniej, oznajmiająca koniec wykładu.
Świetnie, nie dość, że nic z niego nie wyniosłem, to jeszcze zrobiłem siebie debila przed potencjalnym znajomym. Imponujące, Fyodor, imponujące.
Mimo wszystko wychodzimy z Sali obok siebie, podążając za tłumem. Zaciskam rączkę torby mocniej, spoglądając na chłopaka kątem oka.
- Od dawna tu mieszkasz? – daję sobie mentalny strzał w twarz, bo jest tyle lepszych sposobów na rozpoczęcie rozmowy, a ty musisz zawsze wszystko pieprzyć.
- Tak szczerze mówiąc to od wczoraj – on drapie się po karku, zerkając na mnie. Mimowolnie uśmiech wpełza na moje usta.
- Nie ma mowy! Ja też tu wczoraj przyjechałem! – mam wrażenie, że powiedziałem to nieco za głośno, ale ignoruje wszelkie zaniepokojone myśli i uśmiecham się szerzej. Razem z grupką ludzi lądujemy w innej części budynku, pod kolejną salą. Spoglądając na osoby wokół mnie, zdaję sobie sprawę, jak mało wiem na temat wszystkiego, czego będziemy się uczyć w tej akademii.
Fantastycznie.
- Nie wiesz może, co teraz robimy? – wskazałem niepewnie na nas i ludzi wokół uśmiechając się nerwowo.

<Yongguk?>

Ilość słów: 1 621
Otrzymane punkty: 50 + 405 = 455

środa, 21 lutego 2018

Od Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Ułożyłem w dłoniach plik pomiętych kartek, które przez lata wyrywałem z kratkowanych zeszytów. Niektóre pożarte przez czas, inne naderwane przez psy które przewinęły się przez mój pokój przez dwadzieścia dwa lata życia. Przyklęknąłem na skrzypiących,drewnianych panelach unosząc delikatnie spływające z łóżka białe prześcieradło. Ułożyłem swoje skarby w kartonowym pudle, które następnie skrzętnie owinąłem taśmą maskującą, wsuwając je głęboko pod łóżko.
Następnie wyprostowałem się, niedbale pstrykając nadgarstkami. Zacząłem rozglądać się bezwiednie po swoim pokoju, który nagle wydał się taki zimny. Zniknęły moje rysunki, teksty i koszulki piętrzące się na krześle. Zdjęcia które powiesiłem na ścianie przestały ją zdobić. Pozostał tylko nudny, pusty kolor elewacji. Westchnąłem głęboko, podnosząc z łóżka ciężką, czarną torbę. Otworzywszy drzwi przystanąłem jednak, by znów spojrzeć za siebie. Otoczyłem wzrokiem wszystko, od zakurzonych półek z książkami po okno pokryte spływającymi po tafli szkła kroplami deszczu.
Chłodny dreszcz podniecenia musnął mój kark, sprawiając że zacisnąłem rękę na uchwycie torby przerzuconej przez ramię. Świadomość tego, że zaczynam nowy rozdział w swoim życiu napawała mnie nadzieją na coś lepszego. Jednocześnie obawiałem się pozostawienia wszystkiego, co znałem i udania się gdzieś daleko w świat, skąd mogłem nigdy nie wrócić.
Klamka zapadła. Zamknąłem za sobą drzwi, robiąc krok w stronę schodów. Zszedłem po nich w dół, żegnając się z domem poprzez muśnięcie dłonią każdego centymetra drewnianej poręczy.
Moja matka, oparta o parapet stała w kuchni paląc zawzięcie papierosa, wtulona w zimną szybę uchylonego okna. Wahałem się z wołaniem jej, chcąc przedłużyć chwilę spokoju rodzicielki. Wiedziałem, jak bardzo nie chciała bym jechał. Przecież nie po to opuściła swój dom i pracę, nie po to zmieniła nasze nazwisko, nie po to wyrzekła się wszystkiego, by teraz tak zwyczajnie mnie wypuścić.
Czułem się źle, odchodząc mimo jej płaczu i nalegań ciągnących się odkąd tylko moja aplikacja do armii została przyjęta. Wiedziałem, że w tym momencie żałowała tych wszystkich lat poświęconych takiemu niewdzięcznemu gówniarzowi, któremu zamarzyło się przygody. Nie mogłem zaprzeczyć,  matce na pewno wiodłoby się lepiej beze mnie. Nie musiałaby mieszkać w starym domu na poboczach, prowadząc nędzną kwiaciarnię otworzoną na kredyt.
Dlatego musiałem odejść, w końcu odciążyć jej spracowane ramiona. Gdy już osiągnę swój cel wrócę i kupię jej piękny dom w jej rodzinnym mieście, tam, gdzie pochowała ojca.
-Już? -Ton mojej matki był chłodny, aczkolwiek naturalny. Zignorowałem podprogową prośbę, by powiedział "nie". Podjąłem decyzję, jadę i koniec.
-Tak- Odparłem, skręcając do sieni. Rzuciłem torbę pod ścianę, obok sporego kartonu wypełnionego jeszcze większą ilością rzeczy. Zacząłem się ubierać w oczekiwaniu na rodzicielkę, która jednak bardzo się ociągała. Westchnąłem głęboko, podnosząc swoje rzeczy z podłogi.-Czekam w samochodzie-rzuciłem, otwierając frontowe drzwi mieszkania.
Otworzyłem bagażnik czerwonego pickup'a, wrzucając do środka swoje manatki. Usadowiłem się na miejscu kierowcy, odsuwając siedzenie maksymalnie do tyłu, za co matka zawsze mnie ganiła.
Wkrótce kobieta otworzyła drzwi, wsiadając na miejsce pasażera. Ujrzałem odbicie swojej twarzy w jej delikatnie zaparowanych okularach. Ruszyliśmy nie wymieniając żadnych dodatkowych słów. Jazda zajęła nam około pół godziny, w końcu dotarliśmy na stację metra.
Wysiedliśmy z auta, po czym  ceremonialnie złożyłem kluczyk w otwartą dłoń kobiety. Czarnowłosa uniosła twarz w górę by spojrzeć na moją twarz - Na pewno dasz radę?
-Zaufaj mi. Jeszcze będziesz ze mnie dumna- Zapadła chwila ciszy, wypełniona cichym gwizdaniem zatrzymujących się i ruszających ociężale pociągów.
-Przyprowadź przynajmniej jakąś dziewczynę do domu, co? Niech będzie ładna-Matka uśmiechnęła się delikatnie, klepiąc  mnie ramię.
-Przyprowadzę ci chłopaka-Moją twarz rozświetlił szeroki uśmiech, gdy zbliżyłem twarz nieco w stronę kobiety z ochotą kontynuowania żartobliwych zaczepek.
-Tylko niech będzie silny, żeby wnosić mi pudła do sklepu. Z ciebie nie ma żadnego pożytku -Delikatnie uszczypnęła koniuszek mojego zadartego nosa zmuszając mnie do gwałtownego odsunięcia głowy-Leć, bo się spóźnisz.
Ukłoniłem jej się nisko, powoli wycofując się do tyłu. Po chwili szedłem już zwrócony w drugą stronę, powstrzymując się od spoglądania w tył. Wiedziałem, że matka płacze. Nie musiałem tego sprawdzać. Nie chciałem.  Stanąłem na peronie, trzymając w dłoniach karton. Kiwałem się niecierpliwie na boki, chcąc już znaleźć się w swoim nowym mieszkaniu. Następnego dnia miałem rozpocząć realizację swojego marzenia.

   Podekscytowany otworzyłem oczy. Całe mieszkanie zalane było jeszcze czernią a drażniący zapach nowości przypominał mi o tym, że nie jestem w domu. Podniosłem się z łóżka, dotykając gołymi stopami zimnej podłogi. Wstałem nie dbając o poprawienie odstających na każdą stronę włosów ani zmiętej, szarej koszulki która odkrywała nie okrywała już sporej części moich pleców.
Zamiast tego otworzyłem lekko skrzypiącą szafę, by po raz setny zobaczyć mój kombinezon. Pogładziłem go palcami, uśmiechając się do siebie niczym dziecko. Zapracowałem na to wszystko sam, już od liceum czepiając się każdej wolnej posady. Cóż, planowałem tu przyjechać tuż po zakończeniu średniej edukacji. Niestety byłem zmuszony przepracować jeszcze trzy lata, by dopiąć wszystko na ostatni guzik.

    Wkroczyłem do budynku, by już z wejścia zostać kilka razy potrąconym przez rosłych żołnierzy. Przekląłem pod nosem, rozmasowując obite ramiona.  Nie to że coś, ale może trochę szacunku do człowieka? Nie? Dobra. Włożyłem ręce głęboko w kieszenie czarnej, długiej bluzy snując się po schodach w górę. Zastanawiałem się, co stało się tym ludziom. Byłem pewien, że oni też kiedyś byli dzieciakami jedzącymi pastę do zębów. A teraz? Moim oczom ukazywało się coraz liczniejsze stado wytatuowanych byków,gotowych wdeptać mnie w ziemię. Ciarki przeszły mi plecach.
Wstrzymałem oddech, odliczając powoli do trzech. To był dopiero pierwszy dzień, nie miałem możliwości tego popsuć. Nie ważne co by się działo, nie było miejsca na błąd.
Pochyliłem się, unikając wzroku ludzi dookoła. W głowie zaczął się mętlik, tysiąc myśli na raz zalało mi głowę.
A co, jeśli wszystko zniszczę już pierwszego dnia? A co jeśli...?
Nagle ktoś z impetem uderzył mnie w ramię. Przed oczami mignęła mi czerwona bluza. Jakiś chłopak rzucił pospieszne "Przepraszam", by nie przejmując się zbytnio pobiec dalej. Poderwałem głowę do góry, rozglądając się bacznie dookoła. Nagle znalazłem się jakby w innym świecie. Wszyscy wydawali się tacy...normalni? Wyglądali jak ludzie których mijałem każdego dnia na ulicy. Nie mieli na sobie kombinezonów, odznak ani setki tatuaży.
Odetchnąłem z ulgą, odgarniając z czoła niesforne kosmyki włosów. Za dużo myślę. Znowu.
Rozbrzmiał dzwonek, a przynajmniej dziwna melodyjka którą można by nim nazwać. Opiekun wpuścił wszystkich do sali, przez co znów poczułem się jakbym był w liceum. Ciesząc się nostalgicznym uczuciem, które nie miało prawa potrwać długo zająłem miejsce przy ścianie. Usadowiłem się obok grzejnika który był jak dotychczas  moim jedynym sprzymierzeńcem w tym przesiąkniętym chłodem budynku. Wsłuchałem się w głos mężczyzny, który rozpoczął zapoznawanie nas z podstawowymi zasadami placówki.
Nagle czyjeś dłonie spoczęły na oparciu krzesła zaraz obok tego, które było przeze mnie okupowane
- Mogę się przysiąść? - Wyszeptał przybysz, widocznie nie chcąc przeszkadzać wykładowcy.
 W odpowiedzi kiwnąłem głową, uśmiechając się zapraszająco do nowo przybyłej osoby.

<Ktoś? Coś?>

Ilość słów: 1091
Otrzymane punkty: 50+275=325