Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yongguk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yongguk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 maja 2018

Od Yongguka C.D Maddie 'Insomnia'

-Nie przyprowadzałbym cię tu, gdyby miejsce nie było ciekawe -Z pobłażaniem wzruszyłem ramionami, kierując się przed siebie. Maddie szła zaraz za mną, pozostawiając przeciskanie się przez tłum na mojej głowie. O tej godzinie dzielnica handlowa stawała się prawdziwym morzem ludzi. W mieszance ras i kultur najbardziej wyróżniali się policjanci ubrani w czarne kombinezony i uzbrojeni po zęby. Przez głowę przeszła mi myśl, że też chciałbym wyglądać tak dobrze jak oni.
Kolorowe bilboard'y migały rytmicznie przyprawiając moje oczy o przyjemny ból. Gdy tylko wróciłem na ziemię z LED'owego nieba zorientowałem się, że dziewczyna zniknęła. Skonsternowany rozejrzałem się dookoła. Postanowiłem zawrócić i sprawdzić, czy ktoś jej przypadkiem nie stratował.
Szedłem bez zbędnego pośpiechu, przy okazji oglądałem przeszklone witryny sklepów. Wzrokiem wchodziłem do każdego z nich. Działały w ten sam sposób, jak produkowane taśmowo plastikowe zabawki. W każdym przy drzwiach stał hologramowy asystent- sztuczna inteligencja. Po drugiej stronie rzędy samoobsługowych kas. Jedynymi ludźmi w całym sklepie byli najczęściej ochroniarze, choć ci też zdarzali się metalowi.
W jakiś sposób mnie to drażniło. Nikogo już nie obchodził kontakt z konsumentem. Nikogo, oprócz ekranu z kolorowymi buźkami przy wyjściu.
Zrobiłem przerwę w przemyśleniach gdy tylko ujrzałem kolorową czuprynę. Kręciło się tu co prawda wielu punk-rockowych dziwaków, lecz co do tego byłem przekonany.
Znalazłem Maddie przyklejoną do szyby jakiegoś sklepu. Zaśmiałem się pod nosem. Kobiety -pomyślałem -Ciekawe jaką sukienkę tam znalazła.
Opierając jedną z dłoni na boku przystanąłem za jej plecami. Uniosłem oczy do góry przyglądając się wystawie. Zamiast ciuchów moim oczom ukazały się różnej maści bronie. Niektóre specjalnie zdobione, inne robione na zamówienie z dodatkowymi częściami. No tak, zapomniałem jaki to typ kobiety.
-Następnym razem się po ciebie nie wracam- Mruknąłem, udając obrażonego. W gruncie rzeczy bronie były niesamowite i sam bym przy nich przystanął, gdybym tylko je zauważył. Dziewczyna ociągając się spojrzała na odbicie mojej twarzy w sklepowej wystawie.
-Sorry, zapomniałam, że nie jestem sama -Maddie odgarnęła kilka kolorowych kosmyków z czoła, wykorzystując ostatnie chwile na oglądanie wystawy -No dobra, chodźmy...A tak właściwie gdzie idziemy?
-Do Krainy Czarów -Odparłem z lekkim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Maddie chyba nie znała tego miejsca, gdyż zmarszczyła brwi w niedowierzaniu.
Dochodząc do końca alei przystanąłem przed budynkiem, nad którego drzwiami wisiało fikuśnymi literami wypisane "w0NdeR LaND". Rzuciłem dziewczynie spojrzenie pokroju "przecież mówiłem" po czym bez zawahania pchnąłem drzwi.
Powitał nas cichy, melodyjny dzwoneczek przymocowany do drzwi. W środku panował mrok przez który przebijały się jedynie światła neonów podświetlających dekoracyjne figury. Podłoga drżała przyjemnie od wibracji powodowanych przez muzykę. Poprowadziłem towarzyszkę do baru, nad którym wisiała podświetlona tablica z nazwami wymyślnych drinków.
Podeszła do nas barmanka ubrana w czarny fartuch, przez który prawie nikła w ciemności.
-Witamy w Krainie Czarów -Uśmiechnęła się lekko do Maddie, gdyż mnie znała już z widzenia. Dziewczyna odpowiedziała jej ukradkowym uśmiechem.
-Poproszę "Drink Me" -Oparłem się o ladę podczas gdy dziewczyna studiowała skład wszystkich napojów. Po chwili przede mną stanęła obszerna szklanka z napojem wyglądającym jak najprawdziwsze akwarium. Rozjaśniająca się ku górze, żywo niebieska ciecz pieniła się delikatnie a hologramowe rybki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy -Bierz co tylko chcesz, ja stawiam -Zagadnąłem zagubioną w rozmyśleniach Maddie.

<Maddie? Wybacz, że musiałaś czekać.>
Ilość słów: 512
Ilość punktów: 50+125 =175

niedziela, 15 kwietnia 2018

Od Yongguka CD Maddie 'Insomnia'

Zmarszczyłem brwi, próbując odszukać jakieś sensowne rozwiązanie. Niestety nigdy nie byłem najlepszą poradnią życiową a tamten moment był szczególnie słaby. Naprawdę pragnąłem ubrać to w ładne słowa, które dodałyby jej otuchy i pomogły w trudnej sytuacji.
- Kazałbym jej spierdalać - Cóż, tyle z bycia pomocnym.
Dziewczyna uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wyobrażając sobie tę scenę.
- Chciałabym, serio - Westchnęła ciężko, jednocześnie przewracając lazurowymi oczami w teatralnym geście - Ale to bardziej... skomplikowana sprawa.
- Zawsze możesz nie wracać do domu - Mruknąłem, opierając leniwie głowę na kolanach - Jeśli nie załapie znaku to przynajmniej odsuniesz nieprzyjemny moment w czasie. A, ile masz lat?
- Dziewiętnaście. Tylko, co to ma do rzeczy?
- Możesz jeszcze uciekać od zmartwień i nikt nie będzie miał tego za złe -Wzruszyłem ramionami - Chociaż jako ktoś starszy powinienem ci powiedzieć coś w stylu "Staw czoło przeszkodom!" choć oboje wiemy że bym kłamał.
- Gadasz jakbyś był nie wiadomo jaki stary - Maddie zaśmiała się cicho.
- Mam dwadzieścia dwa lata, to podeszły wiek - Jestem tak stary, że nogi odmawiają mi już posłuszeństwa, pora umierać. - A wracając do twojego problemu możesz się ze mną wybrać na "spacer" po dzielnicy handlowej, jeśli chcesz uniknąć wizyty. Otworzyli tam nową miejscówkę ze starymi grami z lat kiedy byłem jeszcze piękny i młody.
- Zabierasz mnie do muzeum? - Zażartowała, bawiąc się kosmykami swoich kolorowych włosów - Dobra, może po drodze wpadnę na jakieś długoterminowe rozwiązanie.
Dzwonek na lekcje zadzwonił w nieodpowiedniej chwili, przerywając nam rozmowę. Ociężale podniosłem się z ziemi, przeciągając się w międzyczasie. Jednakże dziewczyna nadal pozostawała na podłodze bez widocznych oznak wykazujących chęć zmiany położenia.
-Nie wybierasz się na zajęcia? - Zapytałem, gdy już skończyłem otrzepywać kurz ze swoich czarnych spodni.
- Chyba odpuszczę sobie na dzisiaj - Stwierdziła, rozkładając się jeszcze bardziej na podłodze - Widzimy się o siedemnastej?
- Jak chcesz. Do zobaczenia na dworcu głównym - Machnąłem ręką na pożegnanie, powoli oddalając się w stronę klas. Mimo słabej kondycji fizycznej nie miałem zamiaru odpuszczać sobie wykładów. Mogłoby to spowodować nie dopuszczenie mnie do kursu lotniczego, który był przecież moim głównym celem.
Układając głowę na ławce zacząłem rozmyślać o tym, czy powinienem był proponować jej wspólne wyjście. To chyba nic złego wychodzić z koleżanką z wydziału? Co z tego, że widzę ją na oczy pierwszy raz, pff. Nie wyglądała na przestraszoną więc to chyba ok?? 
Doszedłem do wniosku, że mam tendencję do zbierania stworzeń w potrzebie. Widocznie z wiekiem jedynie zmieniłem kierunek z psów na ludzi. "Czy to się leczy?"

<Maddie? Idziemy zabalować ;) >

Ilość słów: 398
Otrzymane punkty: 50 + 100 = 150

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Yongguka CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Nie spodziewałem się, że film aż tak mnie wciągnie. Oparty plecami o ścianę zbliżałem się coraz bardziej do monitora, nie chcąc stracić żadnego ze szczegółów produkcji. Dopiero gdy rozpoczęły się napisy końcowe zwróciłem się w stronę Fyodora, by zapytać go o zdanie na temat głównego wątku.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak leżał wygięty w łuk, co nie wyglądało na najzdrowszą pozycję do snu. To było do przewidzenia, zważając na fakt że nie słyszałem jego cichych "och" i "ach" w trakcie filmu. Zamknąłem urządzenie, przez co w pokoju zrobiło się dość ciemno.
Ułożyłem się na boku, wsłuchując się w szum wyłączającego się laptopa. Powietrze w pokoju było ciepłe i duszące, co jedynie komponowało się z moim stanem emocjonalnym.
Przez krótką chwilę rozważałem opcję zrzucenia Fyodora z łóżka i obudzenia go, spojrzałem jednak na spokojny wyraz jego twarzy, gdy pogrążony był w głębokim śnie. Nie miałbym serca tak go skrzywdzić. Westchnąłem ciężko, przypatrując mu się uważniej. Spostrzegłem, że zasnął na kablu od laptopa, który wbijał się w jego zaróżowiony policzek zostawiając ślad. Uniosłem więc delikatnie jego twarz by pozbyć się przewodu -Oddałem ci kanapę,a ty rozkładasz się na łóżku -Zaśmiałem się cicho, próbując przejść nad nim bez niepotrzebnego hałasu. Gdy już stanąłem stabilnie na ziemi naciągnąłem na blondyna koc - Cóż, to nie tak że będę spał albo coś - Mruknąłem pod nosem opuszczając po cichu pokój po czym przymknąłem drzwi. Nagle w mieszkaniu rozległ się odgłos mojego telefonu. Spanikowany odebrałem go natychmiast, szybkim krokiem udając się do kuchni.
- Obiecałeś zadzwonić wieczorem, młody człowieku. Wiesz która jest godzina? Ta dzisiejsza młodzież, tylko by się szlajali po nocach -W słuchawce odezwała się moja mama, rozgadana jak zawsze.
- Wiem, przepraszam - Odparłem ściszonym głosem, jedną ręką podsuwając sobie stołek by przycupnąć. Moja rodzicielka zawsze miała najwięcej do powiedzenia, zatem wolałem przygotować wygodne miejsce - Miałem dzisiaj dużo na głowie.
- I jak mieszkanie? Uczelnia jest w porządku? Jedz porządnie, wiem że nie umiesz gotować ale chociaż się postaraj. A masz już jakiś znajomych?
- Tak...tak. Wszystko jest dobrze, poznałem jednego kolegę, jest porządnym (i bardzo uroczym) gościem więc możesz być spokojna. Wcale nie tak ,że wdałem się w bójkę, uciekłem z lekcji i przyjąłem do domu prawie obcego gościa.
- No, ja mam nadzieję, że jest porządny - Fuknęła moja rodzicielka, prawdopodobnie bawiąc się oprawkami okularów jak to miała w zwyczaju - Baw się, skoro już jesteś z daleka od starej matki - Delikatnie zaśmiała się tak, że prawie poczułem ciepło jej oddechu- Tylko w domu jest trochę za cicho bez twoich gitarowych koncertów.
- Kup sobie psa. Będzie równie głośny jak ja i będziesz mogła go karmić - Nabijałem się z niej po cichu, nie chcąc obudzić Fyodora śpiącego za ścianą.
- Po moim trupie. Tyle tych pchlarzy już naniosłeś do domu przez te lata, tfu - Zaśmiała się charakterystycznie i głośno, więc pewnie słyszeli ją wszyscy sąsiedzi. W głębi duszy wiedziałem, że zasłużyłem sobie na nadopiekuńczość matki swoim zachowaniem. Zamiast być dla niej wsparciem przestałem wracać wieczorem do domu, a gdy już to robiłem najczęściej przynosiłem też zdarte dłonie i obitą twarz - No, skoro jest dobrze to mogę już spać spokojnie. Dobranoc Gookie.
- Dobranoc - Odłożyłem telefon na parapet, wpatrując się we wzór kafelek ułożonych na kuchennej podłodze. Kogo ja okłamuję? Z której strony naprawdę jestem taki dobry? Podniosłem się ze stołka jednocześnie rozmasowując obolały kark.
Skierowałem się do salonu, gdzie nie kwapiąc się rozkładaniem kanapy położyłem się na niej. Znużonym wzrokiem wpatrywałem się w panoramę miasta widocznego przez mój balkon, co jakiś czas mieszkanie rozświetlały światła przejeżdżających samochodów. Moje policzki piekły niemiłosiernie od nadmiaru uśmiechów. Nie pamiętałem, bym kiedykolwiek w życiu szczerzył się przez cały boży dzień.

Gdy otworzyłem oczy było jeszcze szarawo, a jedynym słyszalnym odgłosem była pracująca zmywarka sąsiadki z piętra niżej. Sięgnąłem po telefon z przekonaniem, że znowu bez powodu wstaję w środku nocy. Ku mojemu zdziwieniu było już chwilę po piątej, co oznaczało że przespałem całą noc jak normalny człowiek. Dźwignąłem się do pozycji siedzącej, nadal cierpiąc przez bolesne pamiątki wczorajszej bójki. Udałem się do łazienki, gdzie lustro ukazało mi obraz nędzy i rozpaczy jakim była moja poranna prezencja. Zagniecenia bluzy odbite na policzkach oraz włosy jak po porażeniu piorunem, postanowiłem zatem doprowadzić się do porządku zanim Fyodor by się obudził i zaczął kierować różne synonimy w stronę mojej fryzury.
Dopiero gdy zrzuciłem z siebie ubrania uświadomiłem sobie jak wielu siniaków i rozcięć się nabawiłem. Podsumowując oględziny - nie wyglądałem zachęcająco.

Po szybkim prysznicu udałem się do kuchni, gdzie zacząłem kontemplować nad pustą lodówką. Nie zdążyłem jeszcze zrobić zakupów od przyjazdu, zatem pozostało mi tylko to, co przywiozłem ze sobą. Doszedłem do wniosku, że biorąc pod uwagę mój brak umiejętności i ograniczone środki zrobię jajecznicę. Brzmi prosto, nie? Wyjąłem cztery jajka z lodówki, niestety jedno wyślizgnęło się i roztrzaskało o podłogę. I po co ci to było? Warknąłem pod nosem odkładając resztę jajek na blat, czekało mnie jeszcze poranne mycie podłogi. Gdy już uporałem się ze sprzątaniem powróciłem do gotowania, tym razem bardziej ostrożnie. Zagotowałem wodę, nie będąc pewnym czy Fyodor będzie preferował kawę tak jak ja, czy jednak pozostanie przy herbacie.
Nagle poczułem ukłucie w bok, przez co zdziwiony odwróciłem się w tamtą stronę. Obok mnie stał jeszcze zaspany blondyn. Poruszał się zadziwiająco cicho, biorąc pod uwagę to, że mnie było słychać z daleka. - Czy na śniadanie też jest herbata? - Chłopak zaśmiał się niewyraźnie. Miałem wrażenie że jeszcze nie do końca przyjął do wiadomości moją obecność w pokoju. Gestem wskazałem na puste kubki, mając nadzieję że domyśli się moich intencji. Jednak Fyodor stał w tej samej pozycji, marszcząc oczy od nadmiaru światła. Dyskretnie odwróciłem się tak, by poranne słońce przestało go razić. Nagle oczy blondyna otworzyły się szerzej i poderwał głowę do góry, by uzyskać moją atencję.
- Przepraszam,że tak odpadłem od razu wczoraj, aż mi głupio - Chłopak uśmiechnął się przepraszająco, jakby naprawdę zrobił coś złego. Pokręciłem głową z dezaprobatą, bo sytuacja naprawdę była dla mnie głupia.
- Nie masz za co przepraszać - Odparłem, wyłączając gotującą się wodę. Odrywając się na chwilę od przygotowywania posiłku zmierzyłem chłopaka wzrokiem.
- Masz zamiar iść do szkoły w tych samych ciuchach, w których spałeś? - Wypaliłem, nie zastanawiając się zbytnio nad skutkami.
- A mam inne wyjście? - Zripostował blondyn, nerwowo stukając palcami o kuchenny blat.
Przygryzłem nerwowo wargę, orientując się jak źle mogło to zabrzmieć.
- Masz - Stwierdziłem, próbując zachować się jakby wcale nie było mi wstyd za własne słowa - Możesz  przecież wybrać sobie coś z moich rzeczy.

<Fyodor?>
Ilość słów: 1039
Ilość punktów: 50 + 260 = 310

piątek, 23 marca 2018

Od Yongguka CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Oderwałem usta od ciepłego kubka, by złapać kontakt wzrokowy z Fyodorem - Piszę - Stwierdziłem, odkładając naczynie na posadzkę. Ogarnąłem wzrokiem plik kartek rozścielonych przed nogami blondyna. Nagle natrafiłem na jeden z poematów, który nie powinien ujrzeć światła dziennego.
Był to ten z kategorii komplementów na temat czyjegoś nagiego ciała i choć byłem dorosłym facetem  to myśl o tym, że Fyodor mógłby zażądać przetłumaczenia mu tego właśnie konkretnego dzieła wydawała się bardzo nieprzyjemna. Zmarszczyłem nos próbując wymyślić coś, co odwiodłoby go od tematu poezji.
- Piszę też piosenki - Wypaliłem, podrywając gwałtownie się na równe nogi- Lubisz śpiewać? - Wymamrotałem, próbując wygrzebać swoją gitarę zza szafy. W końcu wyjąłem ją, następnie unosząc instrument do góry w triumfalnym geście rozsiadłem się na łóżku. Ostrożnie szarpiąc struny zacząłem wygrywać stary jak świat kawałek, który napisałem jeszcze za czasów licealnych.
Słodki dźwięk gitary wypełnił szczelnie pokój, dzięki czemu pomieszczenie wydało się trochę mniej surowe. Na chwilę zapomniałem o trudach całego dnia, o rozciętej wardze i pozdzieranych dłoniach.
Przeniosłem się do drugiej klasy liceum, gdy siedząc i wsłuchując się w odgłosy lipcowego wieczora na prowincji wpadłem na trop swojej pierwszej melodii.
Uniosłem wzrok znad instrumentu, by przyjrzeć się reakcji mojego słuchacza. Fyodor siedział bokiem, z głową zabawnie opartą o materac zaraz obok mojej nogi. Jego twarz wyglądała na ukojoną, jego lekko przymrużone powieki drgały delikatnie. Nawet nie zauważyłem, że wpatrując się w jego sylwetkę przestałem grać. Wyglądało na to, że zabrał zbyt dużo mojej uwagi i nie starczyło jej już na gitarę. Wtem blondyn otworzył oczy, po czym unosząc pytająco jedną brew odezwał się -Nie ma tekstu -Wydedukował, widocznie zdziwiony.
- Mhm, to same brzmienia. Fajne w niej jest to, że nikomu nic nie narzuca i można ją interpretować na różne sposoby - Odłożyłem gitarę za siebie, tym samym kończąc swój maleńki koncert.
- Szczerze, to spodziewałem się po tobie zupełnie innego rodzaju muzyki. A to jest takie...delikatne - Blondyn zaśmiał się, rozkładając ręce na pościeli - Myślałem, że zapodasz mi jakiś singiel z dużą ilością przekleństw.
- Dobrałem piosenkę do twojego poziomu wtajemniczenia - Uśmiechnąłem się zgryźliwie, nie mogąc jednak powstrzymać śmiechu - Wiesz, to jak w związku. Im dłużej z kimś jesteś tym dziwniej się robi.
- Sugerujesz, że im dłużej będziemy się znać, tym dziwniejsze piosenki będziesz przede mną odkrywać? Nie wiem, czy chcę się w to pchać - Blondyn prychnął śmiechem, uderzając mnie figlarnie pięścią w kolano.
- Cóż, nie nalegam - Zachichotałem, rozkładając się monotonnie na posłaniu - Mówiłeś, że twoje mieszkanie jest chwilowo w słabym stanie, nie? - Blondyn kiwnął głową w geście potwierdzenia - Moja kanapa jest wolna, gdyby jednak życie jaskiniowca ci się znudziło.
Fyodor zmierzył mnie badawczym wzrokiem, mrucząc coś niewyraźnie pod nosem - To normalne, że przygarniasz do domu nowo poznanych ludzi? - Zapytał, bawiąc się skrawkiem brązowego koca zarzuconego niedbale na łóżko.
- Biorąc pod uwagę to, że to mój pierwszy dzień posiadania mieszkania to chyba tak? - Wzruszyłem ramionami, odwracając się w jego stronę - Poza tym nie wydajesz się groźny, więc jestem w stanie zaryzykować.

<Fyodor? Wybacz, że takie ubogie ;-; >
Ilość słów: 473
Ilość punktów: 50 + 120 = 170

środa, 14 marca 2018

Od Yongguka 'Insomnia'

Dobijała trzynasta.Większa część klasy przebywała na stołówce z racji przerwy obiadowej, rzecz jasna w pierwszym odruchu poszedłem za tłumem. Na dworze szalała ulewa, której nawet ściany sal nie potrafiły stłumić na tyle, by dało się skupić. Większość osób pewnie zmyłaby się z wykładów gdyby nie fakt, że musieliby przemoknąć do suchej nitki. Ja także należałem do tych osób.
Niestety, gdy przekroczyłem próg stołówki poczułem nieprzyjemne uderzenie gorąca, które rozeszło się od serca w stronę głowy. Zignorowałem je, bo przecież żaden dorosły facet nie powinien przejmować się taką błahostką, prawda? Stanąłem w kolejce do sklepiku z zamiarem zakupienia czegoś na ząb. Gorąco jednak nie dawało mi spokoju, powoli panosząc się w mojej głowie. Na chwilę mnie zamroczyło, przez co byłem zmuszony oprzeć się o ścianę i przeczekać atak.
Nie słyszałem nic prócz cichego pisku wypełniającego szczelnie moje uszy. Powoli zaczynałem panikować, obawiając się utraty przytomności w obecności całej akademii.
W końcu zacząłem odzyskiwać wizję, a czarne plamy zaczęły przybierać kształt niczego nie świadomych ludzi. Nadal oszołomiony wycofałem się z tłumu, kierując się w w stronę klatki schodowej na poziomie zero. Udało mi się znaleźć to miejsce przypadkiem, gdy pomagałem nauczycielce wynosić książki do piwnicy. Było tam zimno i dość brudno, ale na pewno nikt inny się tam nie kręcił. 
Wcisnąłem się w kąt ściany, naiwnie niczym dziecko próbowałem się w nim schować. Wplotłem dłonie we włosy i ciągnąc za nie ze sporą siłą próbowałem doprowadzić się do porządku.
Nie potrafiłem się na niczym skupić, walczyłem z zamykającymi się oczami. Słyszałem swój własny oddech jakby przez "mgłę".
Przeszywający ból w karku przypominał mi o kolejnej nieprzespanej nocy, której powodem po raz kolejny był koszmar. Może to dziecinne- banie się koszmarów i dzwonienie do mamusi o pierwszej nad ranem. Ale tak właśnie było. Moje koszmary nie opierały się na obrazach. Im starszy się stawałem, tym moje sny miały mniej walorów estetycznych. Koszmarem były dla mnie odgłosy, które wytwarzał mój umysł gdy próbowałem zasnąć. Krzyki, skrzypienie metalowych przedmiotów, jakieś nieokreślone mamrotanie zaraz przy moim uchu i czyjś ciężki, chrapliwy oddech. 
Tamtej nocy obudziłem się na podłodze, wyrwany ze snu przez przeraźliwy pisk podobny do tego wydawanego do alarmu przeciwpożarowego.
Czułem się martwy. Leżałem na zimnej posadzce i płakałem z  bezsilności, gdyż gdy tylko próbowałem zasnąć pisk powracał i budził mnie od nowa.
Nie potrafiłem podać dokładnej ilości leków, jakie zażyłem by tylko móc zasnąć, ale na pewno przekroczyłem swoją dzienną dawkę ponad dwukrotnie- wystarczająco by zaszkodzić zdrowiu.
Lekarz stwierdził kiedyś, że moje koszmary powodowane są koktajlem przepracowania i stresu, który jest natomiast bezpośrednim skutkiem koszmarów. Podsumowując, utknąłem w błędnym kole.
Wziąłem głęboki wdech powietrza pełnego kurzu, który wypełnił moje płuca. Dopiero wtedy zorientowałem się, że ktoś cichutko siedzi obok mnie.
Przybysz lustrował mnie wzrokiem, prawdopodobnie w milczeniu osądzając moje niecodzienne zachowanie. Chcąc zagrać jak najbardziej spokojnego odgarnąłem niedbale włosy z czoła po czym opierając głowę o ścianę z lekkim uśmiechem zagadnąłem przybysza- To najlepsze miejsce w całej szkole, no nie?

<Ktoś?>

Ilość słów: 486
Ilość punktów: 50+ 120= 170

niedziela, 4 marca 2018

Od Yongguk'a CD Fyodora 'Pierwszy krok'

Przekalkulowałem szybko wszystkie za i przeciw akcji, którą proponował Fyodor.
Uciekanie z wykładu już w pierwszy dzień było dość lekkomyślne. W gruncie rzeczy to zupełnie gówniarskie zachowanie.
Z drugiej strony jednak była możliwość, że zobaczę twarz tego gościa jeszcze raz. Krew gotowała się we mnie na samo wspomnienie jego mordy, mimo że kłucie w plecach przypominało mi o nikłych szansach na wygraną przeciw niemu.
No, i został jeszcze sam Fyodor. Zdążyłem już przyporządkować go do wzoru grzecznego chłopca, a on nagle zaproponował mi ucieczkę ze szkoły. Bądźmy szczerzy, ciekawił mnie jak cholera i zostawienie go samego sobie byłoby marnotrawstwem.
-Spadamy- Posłałem blondynowi porozumiewawczy uśmiech po czym wycofaliśmy się w stronę schodów. Po drodze zgarniając kurtkę chłopaka z poręczy przemieściliśmy się do szatni gdzie zarzuciłem na siebie swoje wierzchnie odzienie.
Byłem w trakcie wiązania drugiego buta, gdy nagle ktoś trzeci wpadł do pomieszczenia. Poderwałem głowę do góry, usiłując rozszyfrować tożsamość przybysza. Miał na sobie czerwoną bluzę z nadrukiem tygrysa na plecach.
Podniosłem się z kolan z zamiarem przyjrzenia się jego twarzy, jednak nie było mi to już potrzebne w chwili, gdy zobaczyłem bandaż zawiązany na jego głowie. W szkole tego dnia była tylko jedna osoba z obrażeniami głowy.
Chłopak zbliżył się do Fyodora z serdecznym uśmiechem wymalowanym na twarzy i zaczął rozmowę. Odpuściłem sobie wtrącanie się, mimo że trochę mi się spieszyło. Oparłem się o ścianę z niekrytym zaciekawieniem przysłuchując się ich konwersacji. Chłopak, którego w myślach zacząłem nazywać "Tygrysem" był na oko o rok, może dwa starszy ode mnie. Miał podłużną, trójkątną twarz oraz małe oczy a także zabawnie odstające uszy.
Tygrys nieco zbyt uczuciowo dziękował blondynowi za "uratowanie życia". Na moje oko za bardzo słodził i wyglądało to sztucznie. Przestań być sceptyczny, Yoon. Chłopak się wczuwa i tyle.
Fyodor wyściubił zadarty nos zza ramienia chłopaka, widocznie sprawdzając, czy nie postanowiłem uciec. Spróbowałem uśmiechnąć się półgębkiem, jakby mówiąc "Luz, nie spiesz się." ale nie wyszło, bo wcale tak nie myślałem. Skleiłem tylko najsztuczniejszy uśmiech świata, odrywając się od podpieranej przeze mnie dotychczas ściany.
Zanim Tygrys zdążył wbić zagłębiającego się coraz bardziej w swoją kurtkę Fyodora w ziemię kolejną falą pytań przerywanych ponawianiem podziękowań, zupełnie przypadkiem oparłem łokieć na ramieniu blondyna, przerywając mu wpół słowa -Wybacz, spieszymy się.
Starszy zmarszczył brwi lustrując mnie  niepewnym wzrokiem  -Ach, sorry. -Uniósł ręce w przepraszającym geście.
Ruszyłem pewnym krokiem do drzwi nie zważając na fakt, że moja ręka zacisnęła się na ramieniu Fyodora i że ciągnąłem biedaczynę za sobą. Zauważyłem to dopiero, gdy opuściliśmy budynek. -Hej, Yongguk. Nie masz zamiaru wyprowadzać go z błędu? -Zagadnął blondyn, chowając prawie całą twarz pod obszernym kapturem.
-Jakiego błędu? - Skrzywiłem lekko twarz pod wpływem szczypiącego ją nieprzyjemnie zimnego wiatru.
 -No, wiesz... gość uważa, że to tylko ja go obroniłem. -Fyodor wyjrzał spod kaptura, unosząc zabawnie oboje jasnych brwi.
-Ma rację. -Mruknąłem, próbując uniknąć jego świdrującego wzroku. -Nie biłem się dla niego.
Fyodor zamilkł na chwilę. Przyglądałem się, jak zabawnie zarzucając nogami rozrzuca śnieg na boki.
Dotarliśmy na stację, która w końcu ochroniła nas przed dalszymi atakami chłodnej zamieci.
-To gdzie jedziemy? -Chłopak zrzucił z siebie kaptur, ukazując swoją rozczochraną czuprynę.
-Do domu. -Wzruszyłem ramionami, jakby jego pytanie zostało wytrzaśnięte z kosmosu.
-Oj,no weź. -Fyodor jęknął, nadymając policzki z upartością przedszkolaka. -Pierwszy raz uciekam ze szkoły, a ty chcesz mnie odesłać na chatę?
-Gdzie oni cię chowali? - Wzdychając zapytałem trochę samego siebie, trochę bawiącego się suwakiem swojej kurtki blondyna. -Możesz wpaść do mnie, skoro tak bardzo ci zależy żeby się gdzieś podziać- Fyodor przestał bawić się suwakiem i uniósł głowę. Przez chwilę przypatrywał mi się z uwagą.
-Dobra -Odparł po dłuższej chwili zastanowienia, akurat gdy na peron podjechał nasz pociąg. O tej godzinie nie było w nim jeszcze zbyt dużo osób, więc bez problemu znaleźliśmy sobie miejsca w przedziale. Większą część drogi przemilczeliśmy, choć cisza była niezręczna. Cóż, przynajmniej dla mnie. 
Kilka przystanków dalej wyszliśmy, udając się w drogę do mojego domu. Blondyn rozglądał się  uważnie dookoła, co jakiś czas wydając z siebie to charakterystyczne "Och". Miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć, ale za każdym razem kończył nie mówiąc ani słowa.
O pierwszej miasto naprawdę wydawało się spokojne, gdyż większość jego mieszkańców siedziała jeszcze zamknięta za szklanymi ścianami wieżowców. Nawet wiatr zamilkł, pozostawiając nas w utopijnej ciszy. Z braku laku wsłuchiwałem się w śnieg trzaskający cichutko pod naszymi butami, jak również głośne oddechy chłopaka idącego za mną.
Po dotarciu pod docelowy budynek, przystanąłem na chwilę, poszukując w głębokich kieszeniach kluczy do drzwi.
-Cholera, chyba je gdzieś zgubiłem. -Udałem przestraszonego, chcąc zmusić blondyna do ożywienia się choć na chwilę. W rzeczywistości już trzymałem klucze w dłoni.
-Huh? -Fyodor zmarszczył brwi, jakby nie dosłyszał. -Żartujesz, prawda? Powiedz, że to żart.
Nie była to reakcja której się spodziewałem, ale przynajmniej się odezwał. Zaśmiałem się lekko, machając mu kluczami przed nosem.
-No, to teraz na samą górę -Westchnąłem, przytrzymując przed chłopakiem drzwi wejściowe.
-To już nie jest śmieszne. Moje nogi z a m a r z ł y -Chłopak jęknął, pocierając  zaróżowione od mrozu policzki.
-Mówię serio. Mieszkanie nie było tanie bez powodu -Ominąłem Fyodora na klatce schodowej i zacząłem się wspinać w górę.
W końcu dotarliśmy do mojego mieszkania. Pierwszym, co zrobił blondyn było rozłożenie się na podłodze w sieni, jakby przebiegł cały maraton. Nie dbał o to, że podłoga była mokra, bo nanieśliśmy do środka chyba z kilogram śniegu.
Chyba już zdążyłem zakodować to, że robił rzeczy, których nie potrafiłem pojąć. Nawet nie próbowałem pytać, zwyczajnie pozwoliłem mu robić, co chciał.
Wszedłem do kuchni, zgarniając granatowy kubek do zlewu. Wyjąłem dwa czyste naczynia i ze stukotem ustawiłem je na blacie. Włączywszy elektryczny czajnik wychyliłem się zza ściany, by sprawdzić, jak idzie Fyodorowi podnoszenie się z ziemi -Co chcesz do picia? Mam herbatę i...herbatę. -Przyglądałem się jak chłopak stając na palcach zawiesza kurtkę na wieszaku, nie zważając na to, że jego prawa skarpetka znajduje się w kałuży.
-Chyba zdecyduję się na herbatę -Zaśmiał się melodyjnie, próbując na oślep ułożyć swoje odstające włosy.
-Rozgość się - Rzuciłem pospiesznie, gdyż dźwięk wrzącej wody przywołał mnie z powrotem wgłąb kuchni. Wyjąłem z szafeczki malinową herbatę i wrzuciłem ją do obu kubków. Wybrałem ją, bo to była według mnie najlepsza herbata na zimowe dni, takie jak ten. Sam Fyodor też kojarzył mi się z malinami. Czemu? Tak zwyczajnie, bez powodu.
Wewnętrznie czułem, że znajdę blondyna w swojej sypialni. Tam też udałem się z kubkami pełnymi ślicznie pachnącego naparu.
Zastałem go, o ironio, znów na podłodze. Siedział po turecku, lekko przygarbiony, jedną ręką oparty był o ramę łóżka. W jego dłoniach znajdował się lekko pomięty plik kartek, z których kilka leżało już rozrzuconych niedbale po dywanie. Gdy usłyszał moje kroki, lekko zmieszany uniósł głowę z gestem przeprosin wymalowanym na twarzy. Jednak jego oczy świeciły jakimś niewytłumaczalnym blaskiem. Nie mogłem być na niego zły, nawet gdybym zechciał.

<Fyodor?>

Ilość słów: 1120
Otrzymane punkty: 50 + 280 = 330

niedziela, 25 lutego 2018

Od Yongguk'a CD Fyodora 'Pierwszy Krok'

Odruchowo złapałem się za brodę, zastanawiając się głęboko. Finalnie doszedłem do wniosku, że nie mam bladego pojęcia o naszym planie zajęć, wyjąłem więc z kieszeni telefon, w którym miałem zapisany rozkład lekcji. -Wygląda na to, że teraz strzelectwo. - Mruknąłem pod nosem, przez chwilę nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
- Oh. - Nie potrafiłem zidentyfikować, jaką emocję reprezentował odgłos wydany przez chłopaka. Szczerze mówiąc moje uszy jeszcze nigdy nie zostały pobłogosławione tak równomierną mieszanką westchnienia i pomruku zarazem. Zaciekawiony podniosłem wzrok, by przyjrzeć się wyrazowi jego twarzy.
Patrzył gdzieś w dal, odwrócony do mnie bokiem. Nie byłem pewien czy obiektem jego zainteresowania była konwersująca o czymś żywo grupa ludzi czy też może widok za ogromnym oknem. Twarz chłopaka była poza zasięgiem, toteż moja ciekawość musiała usiąść i się zamknąć. Zawiesiłem wzrok na zabawnie odstającym kosmyku jego blond włosów, zawiniętym do góry tuż obok prawego ucha Fyodora.
Zaśmiałem się delikatnie pod nosem, choć wewnątrz miałem nieodpartą ochotę założyć włosy za jego ucho tak, by już nie odstawały. Blondyn nagle odwrócił się, unosząc pytająco jedną brew.
Uniknąłem jego badawczego wzroku, udając, że wcale to nie ja się nie śmiałem. Stwierdzając, że jest mi wystarczająco ciepło zrzuciłem z ramion czarną bluzę, przewiązując ją następnie wokół bioder.
- Wiesz, że mamy tu szatnię, nie? - Wskazałem ruchem głowy na owinięty wokół szyi chłopaka szal, który miał na sobie od momentu, w którym pojawił się w sali. Blondyn spojrzał po sobie, otwierając delikatnie usta, ale nie wydając z siebie żadnego odgłosu. Zaczął zdejmować czerwony szal, zwijając go w kłębek. - Wiem, zwyczajnie nie miałem czasu. - Fyodor udając zupełnie niewzruszonego wepchnął szalik w rękaw kurtki, którą przerzucił przez przedramię.
- Chodź, mamy jeszcze kilka minut. - Odwróciłem się na pięcie, zmierzając w stronę schodów prowadzących na niższe piętro. Słyszałem za plecami lekkie kroki chłopaka w akompaniamencie odgłosu ściskanej w dłoniach kurtki. Podświadomie wiedziałem, że nie tylko ja czuję się trochę niepewnie oddalając się od grupy.
Zdążyłem znaleźć się na ostatnim schodku, gdy nagle coś gruchnęło okrutnie. Otworzyłem szerzej oczy, odnajdując źródło hałasu. Jakiś chłopak leżał na podłodze, kuląc się jak zbity pies.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że facet stojący nad nim dosłownie roztrzaskał śmietnik o jego głowę. Odłamki lazurowego plastiku ścieliły się po posadzce, tworząc swojego rodzaju przerażający witraż. Zanim zdążyłem ocknąć się z szoku w jakim pozostawił mnie ten akt skrajnej agresji, usłyszałem jak coś miękko upada na ziemię. Kurtka Fyodora spłynęła po kilku schodkach w dół z cichym świstem. Jej właściciel minął mnie w mgnieniu oka. Blondyn znalazł się pomiędzy atakującym a ofiarą, usiłując ich uspokoić w jakiś sposób. Czy ten gość jest niespełna rozumu?
 Ruszyłem w ślad za nim, bo co mogłem zrobić?
W czasie gdy blondyn próbował przemówić atakującemu do rozumu zdołałem zablokować jego ręce, wkładając w to całą swoją siłę. Mężczyzna był dużo bardziej przysadzisty ode mnie, zarzucał moim ciałem na boki z ogromną siłą, czułem się jak szmaciana lalka. Nie byłem w stanie długo go utrzymać,wkrótce przerzucił mnie nad swoimi plecami uderzając mną o podłogę. Ktoś w tle zaczął krzyczeć, wzywając nauczyciela.
Nie spodziewałem się, że agresor skupi się na mnie. A jednak, widząc, że chłopak na podłodze się nie rusza skoncentrował się na ruchomym obiekcie. Celował ciężkimi jak młoty pięściami w moją twarz, którą udało mi się w ostatniej chwili osłonić rękoma. Na oślep próbowałem kopnąć go w podbrzusze czy choćby w nogę.
Ku mojemu zbawieniu rozległ się charakterystyczny klik odbezpieczanej broni. Ciężki, męski głos ryknął: - Na ziemię, twarzą do podłogi!
Dopiero wtedy poczułem, jak ogromny ciężar został zdjęty z mojej klatki piersiowej. Przez chwilę jeszcze pozostawałem w pozycji obronnej, próbując uspokoić chaotyczny oddech. Adrenalina huczała w mojej głowie zakłócając wszystko dookoła.
Do moich uszu dotarł głośny, wyraźny odgłos kasłania. Zdjąłem ręce z twarzy, mrużąc oczy pod napływem rażącego światła. Blondyn siedział niecały metr ode mnie, roztrzęsionymi rękoma zasłaniając usta. Nie zwróciłem zbytnio uwagi na rozbrzmiewający dzwonek, ani na nauczycieli nerwowo popędzających studentów, by weszli do sal. Zignorowałem szepty spanikowanych uczniów i ich świdrujące spojrzenia.
Wyciągnąłem lekko  roztrzęsioną dłoń, by pociągnąć chłopaka za rąbek swetra. - Jesteś cały? - Mój głos brzmiał chrypliwie i jakoś tak nieprzyjemnie.
Fyodor zakaszlał jeszcze kilka razy, zanim wyjął z kieszeni inhalator. - Mhm. - Wymruczał między głębokimi oddechami. Wbiłem wzrok w sufit, nieco obawiając się tego, co będzie dalej.
Jesteś debilem, Yongguk. Masz dwadzieścia dwa lata, może to pora w końcu przestać się bić jak jakiś gówniarz? Ale to nie ważne. Już zdążyłeś wszystko książkowo spierdolić, gratulacje. Matka na pewno będzie dumna, kiedy odeślą cię do domu.
Po korytarzu rozniósł się echem odgłos stukotania obcasów o podłogę. Przyklęknęła przy nas kobieta ubrana w biały uniform, która widocznie była pielęgniarką. Miała okrągłą twarz, na której malowało się coś na kształt współczucia, lecz nie do końca. Jej włosy były lokowane i ciemne, upięte w delikatny koczek z tyłu głowy. Zaczęła dotykać moich nóg i rąk, co chwilę pytając czy bolało gdy poruszała moimi kończynami. Czułem cholerny, przeszywający ból w każdej części swojego ciała.
- To dobrze. - Stwierdziła kobieta. - Póki wszystko czujesz, jest w porządku.
Brunetka pomogła mi się podnieść z posadzki. Zagryzłem wargę, próbując nie syczeć z bólu. Fyodor odmówił pomocy, samodzielnie dźwigając się z ziemi.
Po drodze pielęgniarka wyjaśniła nam, że najbliższą godzinę musimy spędzić w jej gabinecie. Nie protestowałem, było mi już wszystko jedno.

<Fyodor?>

Ilość słów: 862
Otrzymane punkty: 50+ 215= 265

środa, 21 lutego 2018

Od Yongguk'a 'Pierwszy krok'

Ułożyłem w dłoniach plik pomiętych kartek, które przez lata wyrywałem z kratkowanych zeszytów. Niektóre pożarte przez czas, inne naderwane przez psy które przewinęły się przez mój pokój przez dwadzieścia dwa lata życia. Przyklęknąłem na skrzypiących,drewnianych panelach unosząc delikatnie spływające z łóżka białe prześcieradło. Ułożyłem swoje skarby w kartonowym pudle, które następnie skrzętnie owinąłem taśmą maskującą, wsuwając je głęboko pod łóżko.
Następnie wyprostowałem się, niedbale pstrykając nadgarstkami. Zacząłem rozglądać się bezwiednie po swoim pokoju, który nagle wydał się taki zimny. Zniknęły moje rysunki, teksty i koszulki piętrzące się na krześle. Zdjęcia które powiesiłem na ścianie przestały ją zdobić. Pozostał tylko nudny, pusty kolor elewacji. Westchnąłem głęboko, podnosząc z łóżka ciężką, czarną torbę. Otworzywszy drzwi przystanąłem jednak, by znów spojrzeć za siebie. Otoczyłem wzrokiem wszystko, od zakurzonych półek z książkami po okno pokryte spływającymi po tafli szkła kroplami deszczu.
Chłodny dreszcz podniecenia musnął mój kark, sprawiając że zacisnąłem rękę na uchwycie torby przerzuconej przez ramię. Świadomość tego, że zaczynam nowy rozdział w swoim życiu napawała mnie nadzieją na coś lepszego. Jednocześnie obawiałem się pozostawienia wszystkiego, co znałem i udania się gdzieś daleko w świat, skąd mogłem nigdy nie wrócić.
Klamka zapadła. Zamknąłem za sobą drzwi, robiąc krok w stronę schodów. Zszedłem po nich w dół, żegnając się z domem poprzez muśnięcie dłonią każdego centymetra drewnianej poręczy.
Moja matka, oparta o parapet stała w kuchni paląc zawzięcie papierosa, wtulona w zimną szybę uchylonego okna. Wahałem się z wołaniem jej, chcąc przedłużyć chwilę spokoju rodzicielki. Wiedziałem, jak bardzo nie chciała bym jechał. Przecież nie po to opuściła swój dom i pracę, nie po to zmieniła nasze nazwisko, nie po to wyrzekła się wszystkiego, by teraz tak zwyczajnie mnie wypuścić.
Czułem się źle, odchodząc mimo jej płaczu i nalegań ciągnących się odkąd tylko moja aplikacja do armii została przyjęta. Wiedziałem, że w tym momencie żałowała tych wszystkich lat poświęconych takiemu niewdzięcznemu gówniarzowi, któremu zamarzyło się przygody. Nie mogłem zaprzeczyć,  matce na pewno wiodłoby się lepiej beze mnie. Nie musiałaby mieszkać w starym domu na poboczach, prowadząc nędzną kwiaciarnię otworzoną na kredyt.
Dlatego musiałem odejść, w końcu odciążyć jej spracowane ramiona. Gdy już osiągnę swój cel wrócę i kupię jej piękny dom w jej rodzinnym mieście, tam, gdzie pochowała ojca.
-Już? -Ton mojej matki był chłodny, aczkolwiek naturalny. Zignorowałem podprogową prośbę, by powiedział "nie". Podjąłem decyzję, jadę i koniec.
-Tak- Odparłem, skręcając do sieni. Rzuciłem torbę pod ścianę, obok sporego kartonu wypełnionego jeszcze większą ilością rzeczy. Zacząłem się ubierać w oczekiwaniu na rodzicielkę, która jednak bardzo się ociągała. Westchnąłem głęboko, podnosząc swoje rzeczy z podłogi.-Czekam w samochodzie-rzuciłem, otwierając frontowe drzwi mieszkania.
Otworzyłem bagażnik czerwonego pickup'a, wrzucając do środka swoje manatki. Usadowiłem się na miejscu kierowcy, odsuwając siedzenie maksymalnie do tyłu, za co matka zawsze mnie ganiła.
Wkrótce kobieta otworzyła drzwi, wsiadając na miejsce pasażera. Ujrzałem odbicie swojej twarzy w jej delikatnie zaparowanych okularach. Ruszyliśmy nie wymieniając żadnych dodatkowych słów. Jazda zajęła nam około pół godziny, w końcu dotarliśmy na stację metra.
Wysiedliśmy z auta, po czym  ceremonialnie złożyłem kluczyk w otwartą dłoń kobiety. Czarnowłosa uniosła twarz w górę by spojrzeć na moją twarz - Na pewno dasz radę?
-Zaufaj mi. Jeszcze będziesz ze mnie dumna- Zapadła chwila ciszy, wypełniona cichym gwizdaniem zatrzymujących się i ruszających ociężale pociągów.
-Przyprowadź przynajmniej jakąś dziewczynę do domu, co? Niech będzie ładna-Matka uśmiechnęła się delikatnie, klepiąc  mnie ramię.
-Przyprowadzę ci chłopaka-Moją twarz rozświetlił szeroki uśmiech, gdy zbliżyłem twarz nieco w stronę kobiety z ochotą kontynuowania żartobliwych zaczepek.
-Tylko niech będzie silny, żeby wnosić mi pudła do sklepu. Z ciebie nie ma żadnego pożytku -Delikatnie uszczypnęła koniuszek mojego zadartego nosa zmuszając mnie do gwałtownego odsunięcia głowy-Leć, bo się spóźnisz.
Ukłoniłem jej się nisko, powoli wycofując się do tyłu. Po chwili szedłem już zwrócony w drugą stronę, powstrzymując się od spoglądania w tył. Wiedziałem, że matka płacze. Nie musiałem tego sprawdzać. Nie chciałem.  Stanąłem na peronie, trzymając w dłoniach karton. Kiwałem się niecierpliwie na boki, chcąc już znaleźć się w swoim nowym mieszkaniu. Następnego dnia miałem rozpocząć realizację swojego marzenia.

   Podekscytowany otworzyłem oczy. Całe mieszkanie zalane było jeszcze czernią a drażniący zapach nowości przypominał mi o tym, że nie jestem w domu. Podniosłem się z łóżka, dotykając gołymi stopami zimnej podłogi. Wstałem nie dbając o poprawienie odstających na każdą stronę włosów ani zmiętej, szarej koszulki która odkrywała nie okrywała już sporej części moich pleców.
Zamiast tego otworzyłem lekko skrzypiącą szafę, by po raz setny zobaczyć mój kombinezon. Pogładziłem go palcami, uśmiechając się do siebie niczym dziecko. Zapracowałem na to wszystko sam, już od liceum czepiając się każdej wolnej posady. Cóż, planowałem tu przyjechać tuż po zakończeniu średniej edukacji. Niestety byłem zmuszony przepracować jeszcze trzy lata, by dopiąć wszystko na ostatni guzik.

    Wkroczyłem do budynku, by już z wejścia zostać kilka razy potrąconym przez rosłych żołnierzy. Przekląłem pod nosem, rozmasowując obite ramiona.  Nie to że coś, ale może trochę szacunku do człowieka? Nie? Dobra. Włożyłem ręce głęboko w kieszenie czarnej, długiej bluzy snując się po schodach w górę. Zastanawiałem się, co stało się tym ludziom. Byłem pewien, że oni też kiedyś byli dzieciakami jedzącymi pastę do zębów. A teraz? Moim oczom ukazywało się coraz liczniejsze stado wytatuowanych byków,gotowych wdeptać mnie w ziemię. Ciarki przeszły mi plecach.
Wstrzymałem oddech, odliczając powoli do trzech. To był dopiero pierwszy dzień, nie miałem możliwości tego popsuć. Nie ważne co by się działo, nie było miejsca na błąd.
Pochyliłem się, unikając wzroku ludzi dookoła. W głowie zaczął się mętlik, tysiąc myśli na raz zalało mi głowę.
A co, jeśli wszystko zniszczę już pierwszego dnia? A co jeśli...?
Nagle ktoś z impetem uderzył mnie w ramię. Przed oczami mignęła mi czerwona bluza. Jakiś chłopak rzucił pospieszne "Przepraszam", by nie przejmując się zbytnio pobiec dalej. Poderwałem głowę do góry, rozglądając się bacznie dookoła. Nagle znalazłem się jakby w innym świecie. Wszyscy wydawali się tacy...normalni? Wyglądali jak ludzie których mijałem każdego dnia na ulicy. Nie mieli na sobie kombinezonów, odznak ani setki tatuaży.
Odetchnąłem z ulgą, odgarniając z czoła niesforne kosmyki włosów. Za dużo myślę. Znowu.
Rozbrzmiał dzwonek, a przynajmniej dziwna melodyjka którą można by nim nazwać. Opiekun wpuścił wszystkich do sali, przez co znów poczułem się jakbym był w liceum. Ciesząc się nostalgicznym uczuciem, które nie miało prawa potrwać długo zająłem miejsce przy ścianie. Usadowiłem się obok grzejnika który był jak dotychczas  moim jedynym sprzymierzeńcem w tym przesiąkniętym chłodem budynku. Wsłuchałem się w głos mężczyzny, który rozpoczął zapoznawanie nas z podstawowymi zasadami placówki.
Nagle czyjeś dłonie spoczęły na oparciu krzesła zaraz obok tego, które było przeze mnie okupowane
- Mogę się przysiąść? - Wyszeptał przybysz, widocznie nie chcąc przeszkadzać wykładowcy.
 W odpowiedzi kiwnąłem głową, uśmiechając się zapraszająco do nowo przybyłej osoby.

<Ktoś? Coś?>

Ilość słów: 1091
Otrzymane punkty: 50+275=325

wtorek, 20 lutego 2018

Kim Yongguk

I have let go of my demons, they left me when I sang the truth, no bulgies I'm finally even, I can break all my rules