Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rei. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Od Rei'a CD Yui 'Nowa twarz'

Byliśmy w dość nieciekawej sytuacji... Obie drogi ucieczki były zastawione przeszkodami. Spojrzałem na szpetnego dryblasa. W sumie, to nie był taki napakowany, coś tam na kształt mięśni miał, ale nie były one zbyt imponujące, a tym bardziej przerażające. W prawej dłoni miał kawałek drewna, najpewniej nogę od krzesła lub stołu, którą siłą wyrwał; wygląda na to, że ciemność podziałała na naszą korzyść, bo najwidoczniej nie mógł zlokalizować swojej broni, która wraz z ówczesnym upadkiem, tuż przed roztłuczeniem butelki o jego głowę, powędrowała gdzieś wgłąb knajpki. Zapewne nadal leży wśród szkła i poprzewracanych stołów. Martwiłem się Yui jak i również o cywili, którzy byli ukryci pod stolikami, modląc się o zbawianie. Yui powinna dać radę, jednak zwykły człowiek nie posiadający wiedzy wojskowej może mieć bardzo ciężko w takiej sytuacji. Chciałem jak najszybciej załatwić kolesia przede mną, by móc pomóc Yui i pozostałym, lecz to nie było takie proste. Ja i moje gołe pięści kontra szpetna morda z drewnianą nogą w dłoni. Nie tylko to stawiało mnie w nieciekawej sytuacji, zaplecze nie posiadało wystarczająco dużo miejsca na walkę czworga ludzi. Trzeba będzie wypchnąć mordkę do wnętrza knajpki, aby dziewczyna miała miejsce. Moje oczy cały czas były skupione na przeciwniku, natomiast myśli krążyły mi po głowie przez całe kilka sekund. Chwila, a czy tak zwykle nie jest przed śmiercią? Nie, nie, pomyliłem warunki, uf. Chłopie nie myśl o czymś takim, tylko pogorszysz sytuację.
Zacisnąłem pięści i w tym samym momencie co dryblas wykonał zamach nogą wyprowadziłem cios w brzuch. Ledwo udało mi się uniknąć jego śmiertelnej zagrywki, lecz i on miał dzisiaj szczęście. Osunął się lekko i zamachnął się ponownie. Schyliłem się. Jego ręka wciąż była w locie, w tym samym ruchu. Widziałem to jakby w zwolnionym tempie. To była moja szansa. Zmarszczyłem brwi i objąłem jego brzuch popychając go do tyłu. Mocny uścisk wprawił dryblasa w dyskomfort i mimowolnie wycofywał się. Po kilku krokach potknąłem się, sprawiając, że przewróciliśmy się. Musiałem walnąć w coś metalowego, bo stopa bolała niemiłosiernie. Podnosząc się do wpół przysiadu z niemałym problemem poczułem czyjeś dłonie na ramieniach. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale byłem pewny, że to Yui. Chciałem zapytać czy wszystko gra, jednak zanim w ogóle zdążyłem otworzyć usta odczułem silny ból na czole, który szybko rozszedł się po całej głowie. Piekące rwanie, tak, to dość trafny opis. Momentalnie usiadłem, jedną ręką złapałem się za czoło, a drugą podtrzymałem się. Jęknąłem parę razy z bólu, przez zaciśnięte powieki nie wiedziałem co się dzieje. Usłyszałem dwa strzały, a potem cisza. Otworzyłem lekko oczy, lecz nikogo nie zobaczyłem. Jakby ciemność pochłonęła tego kolesia. Tak jednak nie mogło być. Musiał być gdzieś w pobliżu. Moje uszy zdołały wyłapać niezrozumiałe mruknięcie, natomiast ciało zareagowało natychmiastowo. W niebezpiecznej sytuacji adrenalina skakała po całym moim ciele jak na trampolinie. Natychmiast zerwałem się z miejsca i pokuśtykają odsunąłem się. Przez otrzymanie ciosu w głowę nie potrafiłem dobrze złapać równowagi, ale w jakiś sposób udało mi się stabilnie stanąć. Wciąż trzymając się za czoło i manewrując dłońmi w celu utrzymaniu balansu, zmrużyłem oczy, aby mózg znów przyzwyczaił się do mroku. Ujrzałem mężczyznę. Ah, no racja. Walczę. A co z Yui, dała radę? Mój ciężki oddech nie pozwalał mi się uspokoić. Muszę to zakończyć, teraz albo nigdy. Ponownie zacisnąłem pięści i chwiejąc się pobiegłem w stronę przeciwnika. Ten już przygotował swoją pozycję. Wyglądał przez chwilę jak pałkarz przygotowujący się na przyjęcie prostej piłki, ale i również przypominał mrocznego kosiarza, który tylko czekał aż podejdę, aby odrąbać mi głowę. Jednak strach nie zapanował nade mną, nie mogłem na to pozwolić. Musiałem jeszcze sprawdzić czy Yui ma się dobrze i pomóc jej gdy zajdzie potrzeba. Jeszcze ci ludzie, którzy gdzieś tutaj są i trzęsą się ze strachu. Rodzina... Za wcześnie abym umierał, nie dziś, nie jutro, ani nawet za kilka lat.
Zatrzymałem się na krótko przed uderzeniem szpetnej mordy, a ten odruchowo zamachnął się. Poczęstowałem go swoją prawą pięścią, a potem lewym sierpowym. Syknąłem cicho z bólu. Kawałek szkła, którym wcześniej zostałem trafiony najwyraźniej wbił się głębiej. To nie był koniec. Napastnik wykonał swój ostatni chybiony zamach drewnianą nogą, po czym ja podarowałem mu kolejny cios w twarz. Padł na ziemię z zakrwawioną twarzą. Odetchnąłem. Pomimo swoich umiejętności, miałem z nim niemały problem. Potrzebuję ostrego treningu, jak za dawnych czasów. Rozejrzałem się w celu zlokalizowania wejścia do zaplecza. Po chwili udało mi się je zlokalizować, więc pobiegłem w jego stronę.

<Yui?>

Ilość słów: 722
Otrzymane punkty: 50 + 180 = 230

sobota, 10 marca 2018

Od Rei'a CD Kirȳ 'Cień wiatru'

Wparowałem na pokład zdyszany. Wskazując na załogę stojącą tuż obok mnie powiedziałem.
- Poprosili mnie o pomoc. - Ledwo byłem w stanie wypowiedzieć te słowa, brak odpowiedniej ilości powietrza ukazywał swoje skutki uboczne. Złapałem się za koszulę i oddychałem głęboko, aby się uspokoić. Gdy już mi się udało, kontynuowałem. - Jakaś grupka kolesi szaleje na statku. Nie wiem co im jest, nagle zaczęli się o coś spierać, a potem siłą odebrali kilku ochroniarzom broń i powybijali praktycznie wszystkich ludzi w kabinie niedaleko stąd. Teraz chodzą po korytarzach i strzelają gdzie popadnie! Jeden z nich został ujęty, ale reszta nadal się pałęta. Mogą być gdziekolwiek.
- Przejdź w końcu do sedna, czego chcesz? - Z pośród tłumu kadetów wstał jakiś niski chłopak. Miał czarne krótkie włosy, z zarzuconą grzywką na oczy. Dziwne, że cokolwiek przez nią widzi. - Żebyśmy ich pojmali? No chyba nie. Czarną robotę zostaw załodze, oni to załatwią. - Machnął ręką na załogę stojąca obok mnie, po czym zadowolony ze swojej przemowy usiadł z powrotem na miejsce.
- Tacy jak ty nie powinni w ogóle się tutaj znaleźć. Zajmujesz tylko miejsce tym, którzy naprawdę są warci zostania żołnierzem. Nie masz za grosz honoru, a tym bardziej jaj żeby podjąć się takiego zadania, szczylu. - Wkurzył mnie, za grosz szacunku dla starszych. Generacja tego wieku jest doprawdy rozczarowująca. Wyręczają się innymi żeby tylko sobie rąk nie ubrudzić, ale iść dalej na przód, wyżej i wyżej, aż do upatrzonej posady, gdzie mieli by zapewniony zarobek do końca swych dni i jeszcze dłużej.
- Coś ty powiedział? - Natychmiastowo wstał i przeciskając się przez innych kadetów szedł w moim kierunku. - Niech no ja do ciebie dojdę. Tak ci mordę obiję, że cię rodzona matka nie pozna! - Złapał mnie za kołnierz i uniósł lekko do góry. Z uśmieszkiem na twarzy dodał. - No co jest, taki gieroj byłeś, a teraz co? Bronić się zapomniałeś? - Cofnął lewą rękę do tyłu, wciąż mnie trzymając, zaciskając dłoń w pięść wymierzył we mnie cios. Wystarczyło mi tylko odsunąć głowę w bok, aby uniknąć ciosu. Chłopak lekko zdziwiony przesunął się kawałek do przodu. Wtedy nadarzyła się dla mnie okazja. Wyrwałem mu się z uchwytu , ciągnąc go za tą samą rękę przysunąłem go bliżej siebie po czym podciąłem mu nogę sprawiając, że chłopak upadł twarzą na ziemię.
- To teraz wiesz jaka jest różnica między twoim, a moim poziomem. Jeżeli nie chcesz pomóc, nie wtrącaj się. - Poprawiłem pogniecioną koszulkę i odkaszlnąłem cicho. - Tak więc, trzeba ich złapać. Nie możemy ich zabić, co najwyżej lekko uszkodzić. Potrzebuję chętnych, przynajmniej 4 i to szybko. Jeżeli chcecie dotrzeć a miejsce na czas radzę pomóc.


<Kirā?>

Ilość słów: 439
Otrzymane punkty: 50 + 110 = 160

niedziela, 4 marca 2018

Od Rei'a CD Yui 'Nowa twarz'

Ukroiłem kawałek czekoladowego ciasta, po czym nadziałem go na malutki widelczyk i zjadłem. Cudowny smak rozpływał się w ustach, puszyste ciasto dodawało jeszcze większą rozkosz, a likier? Mmm, nie da się go lepiej opisać.
- Z tego co pamiętam to chyba mieszkasz gdzieś w okolicy.. Przynajmniej gdzieś w mieście. Często tu bywasz? - Zapytała Yui popijając herbatą.
- Mieszkam po drugiej stronie miasta. - Zaśmiałem się. - Stąd do domu mam w cholerę daleko, może z 2 godziny pieszo. - Zamyśliłem się chwilę w celu obliczenia dokładnej drogi. - Tak, mniej więcej 2 godziny, ale lubię tu przychodzić. To chyba najlepsza kafejka jaką znam, a szczerze nie byłem w zbyt wielu. No, ale poza kafejką w tej okolicy są ciekawe kasyna! To nie są jakieś zwyczajne gry za marne pieniądze. O nie nie. - Pokręciłem głową i opierając się łokciami o stół kontynuowałem. - Tutaj wymagają one ruchu, umiejętności, czegoś w mózgu i ogółem wszystko czego nie posiadają te prymitywne automaty czy też ruletka.
- Brałeś w już w jakiejś udział? - Zapytała. Jej talerz powoli pustoszał, natomiast mój wciąż miał lekko naruszone ciasto.
- W dwóch i w jednej wygrałem. - Związałem ręce na piersi i z triumfalnym uśmiechem oparłem się o krzesło. - Nie było łatwo... ale! Koniec końców udało mi się ograć wszystkich uczestników. 
- Hoho, co wygrałeś?
- Motor, ale że nikt w mojej rodzinie nie ma prawka na ten pojazd sprzedałem go i oddałem większą część pieniędzy rodzicom. Za resztę kupiłem sobie nowej generacji konsolę. - Odparłem zabierając się za ostatni kęs czekoladowego ciasta. Farewell, cake... Spojrzałem na filiżankę. Kra po herbacie zdążyła już osiąść na krawędziach. Gestem przywołałem kelnera, który był przy pobliskim stoliku. - Chcesz jeszcze herbaty? - Yui spojrzała na puste naczynie i przytaknęła głową. - Dwa razy herbatę, proszę. - Kelner zebrał puste talerze i filiżanki, po czym odszedł.
- Skoro nadal jesteśmy przy temacie kasyna, opowiedz w jaką grę grałeś. Ryzykownie było?
- Szczerze to trochę trzeba było się napocić. Gra polegała na pozostaniu ostatnim "żyjącym".
- Taki survival, mam rację?
- Tak, dokładnie! Ah, ten dreszczyk emocji kiedy wiesz, że ktoś czyha na ciebie zza rogu. - Poczułem jak przechodzi mnie gęsia skórka, przyjemne jak i dziwne uczucie. - Było jedno wielkie pole bitwy, 2 razy, nie 3, czekaj.. 4 razy większe niż ta kafejka! - Rozszerzyłem ręce w celu pokazania wielkości pomieszczenia.
- No to wcale nie takie "wielkie". - Uśmiechnęła się.
- Mylisz się. Dla nas, wojowników, to była ogromna przestrzeń. Wracając do tematu, zasady były proste: zero oszukiwania, jeżeli zostaniesz trafiony - schodzisz z pola i  najważniejsza, wszystkie chwyty dozwolone! - Uśmiechnąłem się szyderczo, natomiast Yui wyglądała na lekko zmieszaną. Podrapałem się po brodzie. - Hehe, wiem o czym myślisz, lecz tego nie zrobiłem!
- Czego? - Zapytała zakłopotana.
- No... Tego... - Zagubiłem się we własnej powieści.
- Aaa, uderzenie w krok? - Powiedziała akurat gdy podszedł do nas kelner. Nie wydawał się on słuchać naszej rozmowy, jednak Yui nagle poczerwieniała i jakby zamarła patrząc w już pustą przestrzeń po mężczyźnie.
- Yui? - Pomachałem dłonią przed jej oczami. Wzdrygnęła się.
- A, wybacz.. Mówiłeś coś? - Zapytała skołowana.
- Mówiłem, że nie chodzi o krok. Jak mogę tam uderzyć będąc postacią w grze? - Zapytałem unosząc brew do góry.
- Jak to, w grze...? To nie graliście w realu?
- Nie, haha. Siedzieliśmy wygodnie na kanapie, a przynajmniej niektórzy, i graliśmy na konsolach. Myślałem, że wiesz o co chodzi gdy powiedziałaś "survival", sorka. - Posłałem jej zakłopotany uśmiech.
- Nic nie szkodzi, hah. Ale opowiadałeś to z taką pasją, że serio wydawało się jakbyś czynnie brał w tym udział.
- Serio? No cóż, w końcu to moja pierwsza wielka wygrana. Jak chcesz możemy się tam kiedyś wybrać.
- Może kiedyś.
Przez pozostały czas herbaciany rozmawialiśmy o pogodzie. Zaskakujące, że tak nudny temat może ciągnąć się w nieskończoność. Gdy byliśmy przy słonecznych wakacjach do kafejki wpadło 3 mężczyzn, ale dosłownie, wpadło. Szkło z okien rozsypało się na małe kawałeczki i poleciało we wszystkie strony, wyglądało to jak kryształowy deszcz. Większość klientów schowała się pod stoliki, włącznie ze mną i Yui. Gdy szkło spadło już na posadzkę podniosłem się. Jeden z gości leżał na ziemi z nogami na przewróconym stole. Krew mu się sączyła z prawej skroni. Wygląda na to, że oberwało mu się od okna. Spojrzałem na pozostałych dwóch. Niższy z krótkimi, kręconymi włosami celował karabinkiem na zewnątrz, natomiast drugi ze swoją szpetną mordą rozglądał się po kafejce. Również w dłoni trzymał karabin, jednak innego rodzaju. Nie potrafiłem stwierdzić jakiego. Nagle usłyszałem głośny huk, odgłos spięcia elektrycznego i krzyk ludzi, a potem... jakbym był w wodzie. Moje uszy definitywnie odmawiały usłyszenia tego ponownie. Zamknąłem oczy i chwyciłem się za głowę, a potem przeniosłem dłonie na uszy i przyciskając je mocno próbowałem na powrót odzyskać słuch. Jednak uzyskałem odwrotny rezultat. Zaczęło mi dzwonić w uszach, okropne brzęczenie, niech ktoś to skończy! Wtedy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Spojrzałem w jej kierunku, lecz jedyne co ujrzałem to ciemność. Strzał oddany parę sekund temu musiał uszkodzić lampę i stworzył zwarcie pozbawiając lokalu światła. Gdy oczy przyzwyczaiły się do mroku ujrzałem twarz Yui. Wyglądała na zmartwioną, wkurzoną jak i zdezorientowaną. Jej oczy miały aktualnie wiele mieszanych uczuć, podejrzewam, że i ja miałem podobne... Uspokoiłem oddech. Słuch wrócił, jednak jeszcze nie w pełni sprawny. Rozejrzałem się dookoła. Ludzie w pobliżu leżeli na ziemi i trzęśli się ze strachu z rękoma na głowach. Nie podobała mi się ta sytuacja, z resztą tylko sadysta czerpałby z tego radość. Już no ja wam kuźwa dam...
- Na ziemię albo was zastrzelę, karaluchy! - Wyraźnie usłyszałem tę groźbę, pochodziła od tego, który wystrzelił nabój w lampę i ogłuszył wszystkich. - A niech mi który cholernik spróbuje zadzwonić na policję! Podziurawię wszystkich jak leci! - Nie dało się dokładnie zobaczyć rysów jego twarzy, lecz mogę spokojnie powiedzieć, że na pewno kilka żyłek wyskoczyło mu na czole. Yui klepnęła mnie dwa razy w ramię, więc przybliżyłem się nieco do niej mając na uwadze co robi przestępca.
- Co robimy? - Zapytałem.

<Yui? :D>

Ilość słów: 1 005
Otrzymane punkty: 50 + 250 = 300

środa, 28 lutego 2018

Od Rei'a CD Yui 'Nowa twarz'

Uśmiechnąłem się szeroko. Naszą rozmowę przerwał głośny dzwonek rozpoczynający lekcje, jednak zanim weszliśmy do klasy odczekaliśmy chwilę. Nauczyciel mocno się spóźniał, niektórzy pomyśleli, że nie ma go dzisiaj i zwinęli się do domu, lecz po 10 minutach w końcu pojawił się na końcu korytarza. Nie spieszyło mu się, wolnym krokiem podszedł do drzwi, aby je otworzyć i w ten sam sposób prowadził lekcje - wolno. Bernard, bo tak się nazywał, miał dziwnie wyglądającą długą bródkę z warkoczykiem na końcu, a krótkie włosy miał związany w małą kitę z tyłu. Zupełnie nie pasowała mu taka fryzura, wyglądał jak nieokrzesany człowiek sprzed setki lat. Dlaczego każdy
nauczyciel nie wygląda tak jak powinien, profesjonalnie. No cóż, życie. Kolejna lekcja minęła z wytłumaczenia tego co będziemy robić, Bernard powiedział, że po kilku zajęciach będziemy chodzić do szkolnego planetarium. Woah, mają tu takie coś..? Tylko parę osób zainteresowała ta wiadomość, reszta jakoś nieszczególnie się przejęła.Wrzuciłem zeszyt z powrotem do plecaka i podszedłem do Yui, która była już gotowa aby wyjść z klasy.
- Yui, masz może ochotę wyskoczyć na miasto? Znam fajną kafejkę. - Zapytałem przy drzwiach.
- Czemu nie, a daleko to? - Odparła, w jej głosie słychać było nutkę zniechęcenia, ale nie było to raczej umyślnie. Być może uśpiły ją te wszystkie lekcje, a zwłaszcza astronomia.
- Dwa przystanki pociągiem i kawałek pieszo. Stacja nie jest daleko, tuż za tym zakrętem. - Wskazałem palcem nieduży budynek przy skrzyżowaniu jak tylko znaleźliśmy się obok okna. Próbowałem gestykulacją pokazać w jaki sposób idzie się od stacji do kafejki, jednak nie wychodziło mi to dobrze. - No to skręcamy wtedy w prawo, w lewo i idziemy prosto, a potem przy takim sklepiku z pluszakami musimy przejść przez pasy. Cały czas prosto i będziemy u celu, nad kafejką będzie widniał duży, neonowy napis "Karpe'tie". Mają tam pyszne ciasta i ciastka, a także gorące napoje!
- Dobrze, mniej więcej chyba wiem jak tam dojść. - Powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy, który sugerował zakłopotanie. Chyba przesadziłem z tym dokładnym opisem drogi.
- No to w drogę. 
Pomimo, że była prawie 4 Słońce nadal górowało nad ziemią i przebijało się przez liczne chmurzaste chmury, które próbowały zagrodzić promieniom dojście. Po dotarciu na stację odczekaliśmy siedem minut na pociąg i gdy ten przyjechał wsiedliśmy do środkowego wagonu, mógłbym zgadywać, że był to 3. Podróż nie trwała długo. Po drodze pojazd zdążył się zapełnić i akurat na naszym przystanku masa ludzi wyszła z przedziału, w którym się znajdowaliśmy. Aby przypadkiem nie zostać w środku i nie pojechać dodatkowy przystanek musieliśmy się przeciskać przez tłumy, które za nic nie chciały nas przepuścić, ale jakoś się udało.Wyszliśmy ze stacji i skierowaliśmy nasze kroki w stronę kafejki, tak jak opowiadałem. Prosto, prawo, prawo, prosto, lewo i prosto. Na ostatniej prostej dało się zauważyć wielki napis "Karpe'tie" nad budynkiem.
- To tutaj. - Powiedziałem, jakby to nie była oczywista oczywistość. Yui kiwnęła głową i pierwsza weszła do kafejki. W środku malowało się od wszelakich jasnych barw. Usiedliśmy przy wolnym stoliku obok filaru i chwyciliśmy w dłonie menu. - O, to jest dobre. - Wskazałem na mały kawałek czekoladowego ciasta z likierem i posypką.

<Yui?>

Ilość słów: 518
Otrzymane punkty: 50 + 130 = 180

sobota, 24 lutego 2018

Od Rei'a CD Yui 'Nowa twarz'

Ah historia... Najlepszy przedmiot jaki kiedykolwiek wymyślono, losy aktualnego jak i poprzedniego świata ludzi są zaiste fascynujące. Podobno kiedyś, na samym początku istnienia Ziemi byli ludzie posługujący się kamieniem jako kartką i odłamkiem skały jako długopisem, zabawne. Chyba jako jedyny z zainteresowaniem słuchałem nauczyciela i ochoczo odpowiadałem na zadawane przez niego pytania. Niestety nim się obejrzałem zadzwonił dzwonek. Jak to mówią, gdy świetnie się bawisz to czas mija jak błyskawica. Ludzie ziewając wywlekli się z klasy, aby udać się na długo wyczekiwany lunch.
Stołówka jeszcze parę minut była opustoszała, a teraz wypełnia ją masa studentów. Większość stolików była zajęta, a tak trochę nie swojo usiąść obok nieznanej ci osoby (zwłaszcza jeżeli ma obok siebie plecak, wtedy definitywnie nie chce nikogo innego przy stoliku). Rozejrzałem się i swoimi sokolimi oczami wypatrzyłem Yui, była przy stole tuż przy oknie. Nie siedziała z nikim, na szczęście. Chociaż w sumie, nawet gdybym nie znalazł tutaj miejsca usiadłbym gdzieś na dworze, świeże powietrze zawsze najlepsze. Podszedłem do dziewczyny i palcem stuknąłem ją lekko w ramię. 
- Hejka, mogę? - Posłałem jej szeroki uśmiech i wskazałem na krzesło naprzeciwko niej.
- Jasne, siadaj. - Kiwnęła głową.
Zadowolony w podskokach podszedłem do krzesła i odsunąłem je kawałek, aby móc na nie usiąść. Przysunąłem się trochę do stolika i wyciągnąłem z plecaka kanapki, które rano niedbale wrzuciłem do środka. Jedna z nich wyglądała jakby została przejechana, to pewnie wina zeszytów, które podskakiwały podczas biegu. Moje biedne kanapeczki... Przeżyły tam piekło... Trzymając poszkodowaną kanapkę spojrzałem na Yui. W swoich małych dłoniach trzymała niedużego rogalika, a w sumie to jego połowę. Chcąc zacząć jakąś konwersację znowu palnąłem jakieś głupie pytanie.
- Lubisz rogaliki?
- Tak, są bardzo dobre. - Posłała niepewny uśmiech. Oww, trzeba jakoś kontynuować! Być może przegram bitwę, ale nie wojnę! 
- Wiesz, kiedyś chciałbym zostać znanym żołnierzem. Jak to mówią, sławnym. - Podparłem głowę dłonią i spojrzałem na świat za oknem. - Chciałbym, aby w przyszłości nie było już nigdy wojen, aby nikt nie musiał za taką sprawę ginąć. Jednak... - Spuściłem wzrok na stół. - Jestem słaby, niedoświadczony i co najważniejsze, nie mam planu... Nie wiem jak złapać moje marzenie, które jest hen wysoko nade mną, tak wysoko, że nawet skacząc nie potrafię go dosięgnąć. - Położyłem obie dłonie na stolik i skierowałem oczy na dziewczynę, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. - Ale wiesz co? Dokonam tego. Jestem uparty i każdy to wie, że jeżeli się czegoś uczepię to nie puszczę. - Dziewczyna zdawała się lekko zdezorientowana, jednak mimo to uśmiechała się. W tym momencie zrozumiałem, że gadałem od rzeczy. Za długie przebywanie na krześle sprawiło, że mój tył zostawał niemiłosiernie zasysany w siedzisko. Nie lubię jak którakolwiek część ciała drętwieje, potem jest problem aby przywrócić mu dawną sprawność, bo boli jak cholera. Poruszyłem więc lekko nogi, aby powoli rozruszyć zastygłe mięśnie. - Ahh, wybacz! Zacząłem gadać dziwne rzeczy, ahahaha! - Pośpiesznie wziąłem kęsa kanapki.
- To nic, nie przejmuj się. Każdy ma jakieś marzenie, które chce spełnić, nawet jeżeli jest ono dla innych niemożliwe.
- A ty masz jakieś? - Zapytałem z pełną buzią i po fakcie zrozumiałem, że to nie było dość stosowne w obecności dziewczyny.
- Ja? Ja, em... - Yui zmrużyła leciutko oczy. Ludzie dookoła zaczęli znikać. Zbliżał się koniec przerwy, szybko poszło. Nagle zabrzmiał dzwonek. Tak mnie wystraszył, że o mało nie udławiłem się kawałkiem kanapki. Uderzając się w klatkę udało mi się go przełknąć. - Niedobrze, co mamy teraz?
- O ile dobrze pamiętam to strzelectwo. - Odparłem zapinając plecak.
- Strzelectwo? To po drugiej stronie szkoły! - Zerwała się z krzesła i chwyciła plecak w biegu.
- Ah, czekaj! - Postąpiłem tak samo. - Widzę, że przestudiowałaś plan szkoły, lecz czy jesteś pewna, że sala do strzelectwa jest po drugiej stronie?
- Tak, jestem pewna.
- To dlaczego inni biegną w przeciwną stronę?
- Że jak? - Zatrzymała się gwałtownie. - Rzeczywiście, czemu nie powiedziałeś wcześniej?
- A, nie mam pojęcia. Wybacz. - Zaśmiałem się cicho. - W takim razie w tył zwrot i na strzelectwo!
Yui westchnęła cicho i w ciszy dobiegliśmy do sali. Oczywiście nie byliśmy jedynymi spóźnionymi, dość spora grupka nie dotarła na czas. Nauczyciel kazał na ustawić się pod ścianą, jakby miał zaraz na nas egzekucję wykonać, zwłaszcza, że miał w dłoni mały pistolet. Przełknąłem ślinę. To jest kara za spóźnienie się? Niedobrze, niedobrze... Boże, daj mi żyć!
- Ej, ty! Tak ty, czarnowłosy wielkolud. - Ja? - Podejdź no tu na chwilę i zademonstruj to co przed chwilą mówiłem. - Słucham? Posłałem mu pytające spojrzenie, lecz ten mnie kompletnie zignorował. - Eh, słuchałeś ty mnie w ogóle? 
- Nie.
- Nie, co?
- Nie słuchałem...
- Nie sir, przepraszam sir! - Wrzasnął mi niemal do ucha, aż się lekko odsunąłem. - Mam nadzieję, że teraz słuchałeś, powtórz.
- Nie sir, przepraszam sir! - Krzyknąłem równie głośno co on, a może nawet głośniej.
- Wróć do szyku. Czy któreś z was łaskawie mi powie, co kazałem zrobić?

<Yui?>

Ilość słów: 825
Otrzymane punkty: 50 + 205 = 255

wtorek, 20 lutego 2018

Od Rei'a CD Yui 'Nowa twarz'

Odwróciłem się w stronę chłopaka, na którego o mały włos nie wpadłem podczas mojej walki z czasem, aby zdążyć do szkoły na czas. Na jego twarzy gościł złośliwy grymas. Dał mi jakąś pogadankę abym uważał jak biegnę, nie specjalnie go słuchałem... W końcu przestał i wszedł do klasy. Uh, że też on tutaj chodzi. Liczyłem na to, że po prostu poszedł za mną żeby dać mi wykład. Mówi się trudno. Wszedłem więc do klasy. W środku było już sporo osób, w różnym przedziale wiekowym i płciowym. Najlepsze miejsca już zostały zajęte. Niech to szlag, a miałem ochotę posiedzieć sobie w ostatniej ławce... Westchnąłem głośno i usiadłem w najbliższym końcu stoliku. Niedaleko mnie siedziała czarnowłosa dziewczyna, przez chwilę wydawało mi się, że gdzieś już ją widziałem, lecz gdy prawie odkryłem kartkę z odpowiedzią ukrytą w najciemniejszych zakątkach mojego mózgu (czytaj "wyłączonych szarych komórek") do klasy wszedł nauczyciel. Był ogromny, a dokładniej wyższy niż drzwi, które mierzyły najprawdopodobniej 190cm, czyli trochę wyższe ode mnie. Jednak poza wzrostem nie było w nim nic innego nadzwyczajnego. Miał kasztanowe włosy, całe potargane jakby dopiero wstał z łóżka. Każdy kosmyk odchodził w inną stronę. Chudy jak tyczka i ubrany w tradycyjny strój nauczyciela, koszula w kratę i mały krawacik. Wyglądał komicznie. Do moich uszu zaczęły dochodzić rozmowy osób siedzących za mną, mówiących o tym jak nieudolnie lub pokracznie wygląda nauczyciel. Z niecierpliwością czekałem aż w końcu ułoży stosik kartek, które ze sobą przyniósł i przedstawi się.
- Witam, drodzy uczniowie. Nazywam się William Smith i będę prowadził zajęcia na temat bestii. Mam nadzieję, że jesteście chociaż trochę uzbrojeni w wiedzę na ich temat. - Zachichotał cicho. Chwila... Czy to miała być próba, nie wróć, czy to miał być żart? Jeśli tak to doprawdy, kiepski. - Uzbrojeni, kumacie? Ahaha. - Will wybuchnął śmiechem. No to cudnie, mamy nieudanego komika za nauczyciela. Będziemy teraz zmuszeni na każdej lekcji słuchać jego żartów czy cokolwiek to jest. - No, ale teraz do rzeczy. Wasze pierwsze kilka lekcji z tego przedmiotu będzie zapoznawanie was z podstawowymi rodzajami bestii, rozpoznawaniem ich i sposobami pokonania, a więc przygotujcie się na test za tych parę lekcji. - Większość klasy zabuczała wyrażając w ten sposób sprzeciw, jednak nauczyciel tylko uśmiechnął się z satysfakcją i zaczął grzebać w papierach. Teoria, że każdy profesor to sadysta i masochista została właśnie potwierdzona. - A więc, może na początek sprawdzimy sobie obecność. Hmm, Celestina Deep? - Wyczytana dziewczyna wstała i krzyknęła "Obecna!". Potem każdy po kolei podnosił się z krzesła i wykrzykiwał swój byt. W końcu nadeszła i moja kolej. Lubię się wyróżniać, więc postanowiłem określić się inaczej. - Rei Katsuo?
- Zwarty i gotowy! - Krzyknąłem wstając i unosząc rękę do góry. Podniosłem kąciki ust w uśmiechu z odniesionej sukcesem osobistej misji. Jednak nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Usiadłem z powrotem na miejsce, już bez żadnej ekscytacji.
Po kilku osobach przyszła kolej na kruczowłosą dziewczynę parę ławek przede mną. "Yui Ichiro". Podparłem głowę prawą dłonią i przez chwilę jeszcze wpatrywałem się w plecy dziewczyny, gdy nagle moje zainteresowanie przyciągnęła osoby tuż za mną. Odwróciłem natychmiastowo głowę i obserwowałem jak kolesie o mały włos nie skoczyli sobie do gardeł. Profesorek przerwał sprawdzanie obecności, podszedł do delikwentów, złapał ich za kołnierze i wywlókł na zewnątrz klasy mówiąc, że wrócą jeśli przemyślą swoje zwierzęce zachowanie. Trochę jak w przedszkolu, gdzie jak nabroisz idziesz do kąta. Po klasie znów przeszło echo szeptów na temat nauczyciela, lecz gdy wrócił nastała cisza, jakby ktoś przestraszył małe owieczki.
Lekcja minęła dość szybko, samo sprawdzanie obecności zajęło jakieś 10 minut. Gdy w końcu zabrzmiał dzwonek na przerwę poderwałem się z krzesła i wciąż pakując swoje rzeczy do bordowego plecaka wyszedłem z klasy. Nie to, że się spieszyłem, po prostu chciałem wyjść z tego pomieszczenia i zaczerpnąć świeżego powietrza. O dziwo pewna osoba pomyślała o tym samym. Przy otwartym oknie stała już czarnowłosa dziewczyna. Chwila, jak ona miała..? Emm, Tuli? Nie, Oui? Złapałem się za brodę. Jakoś niespecjalnie przywiązuję uwagę do imion innych. Ah, Yui! Uniosłem wskazujący palec do góry, triumfując udane przypomnienie. Dziewczyna, jakby usłyszała moje myśli, odwróciła się i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- W czymś mogę pomóc?
- Ah, em, eee... - Kompletnie zapomniałem słów, które chciałem powiedzieć. Nienawidzę pierwszej wymiany zdań, dopóki nie odnajdzie się temat trudno jest poznać drugą osobę. - Cooo cię tutaj sprowadza, w sensie do tej szkoły? - Ale żeś zabłysnął Rei, no gratuluje. Przecież to cholera oczywiste, że chce zostać żołnierzem, ty matole.

 <Yui?>

Ilość słów: 737
Otrzymane punkty: 50 + 185 = 235

poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Rei'a 'Nowa twarz'

Moja historia jest dość prosta,  całe moje życie mieszkam z rodziną i mam się dobrze. Chociaż z tym "dobrze" mógłbym argumentować. Powód? Macocha, najgorsza zrzęda i jędza, chyba tylko ją darzę takim pasywnym uczuciem. Ja rozumiem, że chce mnie wychować na porządnego człowieka, ale już nie musi tego robić. Mam przeszło 24 lata i nie potrzebuje nikogo chodzącego za mną i skrzeczącego na każdy kroku, co mam robić. Uh, najchętniej to bym ją wywiózł daleko w pole, tak aby przynajmniej przez parę tygodni nikt jej nie znalazł, ale tego nie zrobię... Oprócz macochy, w domu jest również ojciec. Weteran wojenny oraz miłośnik zwierząt. Zawsze świetnie spędzam z nim czas, bardziej przypomina mi bliskiego przyjaciela niżeli ojca. Gdy ma wolną chwilę gramy w piłkę nożną albo wyciągamy karty i zakładamy się kto wygra, i co. Również bardzo chętnie opowiada o swojej zmarłej żonie, a mojej matce. Zwykle mawia, że z charakteru przypominam ją w niemal 100%, a wygląd przystojnego mężczyzny odziedziczyłem po nim, heh. Kochała kwiaty, a zwłaszcza hiacynty; dlatego też w każdym pomieszczeniu naszego niewielkiego mieszkania znajdują się te rośliny. Gdy wchodzi się przez próg to aż kręci w nosie od tych wszystkich zapachów. Chciałbym ją kiedyś ujrzeć na żywo, fotografie nigdy nie będą oddawać tego uczucia, nie ważne jak daleko technologia pójdzie na przód. Zdjęcie pozostanie zdjęciem. No, ale koniec rozpamiętywania przeszłości, liczy się to co mamy teraz i co będzie.
Pociągnąłem ostatnią linię i odłożyłem ołówek do brązowego, skórzanego piórnika, który już wołał o pomstę do nieba. Chwyciłem rysunek w dłonie i uniosłem do góry. Hm... Pochyliłem jeszcze bardziej głowę do tyłu, patrząc na obrazek widziałem po środku koniuszek własnego nosa, aż w końcu powróciłem do normalnego stanu siedzenia. Uśmiechnąłem się pod nosem i spakowałem papier wraz z piórnikiem do plecaka, po czym wstałem i obróciłem się na pięcie chcąc wrócić do domu. Coś mnie jednak zatrzymało, sprawiło, że obróciłem lekko głowę i jeszcze raz spojrzałem w blado różowe niebo. Pierzaste chmury, które otoczyły słońce wyglądały jak puchowa kołdra. Wszystko powoli kładło się do snu, chociaż było dopiero wpół do 9. W drodze do domu widziałem kilku żołnierzy, ciężko zbrojonych, ale bez broni. Patrol? Nie, raczej nie, ale chwila. Od kiedy to my mamy patrol? Postanowiłem nie rozmyślać nad tym długo i po prostu zapytać ojca. On jeszcze dostaje informacje na temat spraw żołnierzy, ale tylko to. Już nie jest włączony w sprawy międzygalaktyczne, w końcu przeszedł na emeryturę, a mógłby pozostać na polu bitwy. Utrata ręki jest bolesna, ale da się ją zastąpić sztuczną i być może nawet lepszą. Ojciec jednak nie bardzo ufa tej technologii, dlatego też zrezygnował z bycia w wojsku.
- Heja! - Krzyknąłem przechodząc przez próg i od razu otrzymałem odpowiedź od nikogo innego jak macochy...
- Gdzie żeś się szlajał o tej godzinie? Znowu gdzieś polazłeś i Bóg wie gdzie. - Tupnęła bezgłośnie nogą. - Ta młodzież...
- Gdzie ojciec? - Przerwałem jej (z satysfakcją).
- A wyszedł gdzieś do znajomego, Markusa chyba.
- Mhm, dzięki. - Skrzywiłem lekko usta. Miałem nadzieję pokazać mu dzisiaj ten rysunek, ale najpewniej wróci dopiero jutro. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę, a tam... pustka. Uniosłem lekko brwi. - Sheryl, czemu lodówka jest pusta? - Brak odpowiedzi. - Sheryl! - I wciąż to samo, a potem się dziwi, że znikam "nie mówiąc nic"... - Jak coś idę do sklepu, chcesz coś... a w sumie i tak nie odpowiesz... - Nałożyłem na siebie bordową bluzę z rysunkiem jastrzębia na plecach, nałożyłem buty i wyszedłem.
Czasem się zastanawiam czy ona jest głucha czy zwyczajnie w świecie mnie ignoruje żeby potem mieć zajęcie i ochrzanić. Wchodząc do sklepu stuknąłem jakąś duszyczkę w przedramię.
- Ah, sorka. Nie chciałem... - Powiedziałem drapiąc tył głowy.
- Nic się nie stało, to też po części i moja wina. - Odparła i nie tracąc ani chwili dłużej odeszła.
Kupiłem w sklepie zapiekankę, tą najzwyklejszą i wracając do domu popijałem colą ówcześnie zakupioną w tym samym sklepie. Będąc w mieszkaniu zajrzałem do Sheryl. Spała. Po cichu więc zjadłem kolację i przygotowałem się do spania. Prawie północ, jak ten czas szybko leci. Nastawiłem budzik na 7 i zasnąłem.
Mmmm..... Otworzyłem zaspane ślepia i spojrzałem na budzik, który szalał jak na sterydach. Przymrużyłem jeszcze bardziej oczy, aby wyostrzyć sobie obraz. 8. 8......... Oż cholera, 8! Spóźnię się w pierwszy dzień. Wyskoczyłem spod kołdry, umyłem się, przybrałem i wrzuciłem kanapki do plecaka, a śniadanie zjadłem w pośpiechu. Ojciec spokojnie czytał gazetę i popijał czarną jak smoła kawą. Znad filiżanki dało się zauważyć chytry uśmieszek. Ożeż ty... Zmarszczyłem czoło w akcie wściekłości i już miałem coś powiedzieć, ale gdy spojrzałem na zegar na ścianie zmieniłem zdanie i wybiegłem z domu, nadal nakładając buty. Stąd gdzie mieszkam jest spory kawałek do akademii, ale powinienem nadrobić biegiem. Ja nie wiem, czy to jakieś złe fatum, ale zawsze coś się dzieje gdy się śpieszę. Tym razem o mały włos nie wpadłem na jakiegoś kolesia, w ostatnim momencie wyminąłem go unikając zderzenia. Uniosłem otwartą dłoń w ramach przeprosin.
Zdyszany stałem już przy klasie. Zostało 10 minut do rozpoczęcia lekcji. Odetchnąłem z ulgą, lecz gdy myślałem, że już po wszystkich poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłem się i ujrzałem chłopaka sprzed kilku minut.

<Ktoś?>

Ilość słów: 860
Otrzymane punkty: 50 + 215 = 265pkt

niedziela, 18 lutego 2018

Rei Katsuo

Throw me to the wolves and I will return leading the pack